Gawęda założycielska LHH DBM Polska

Przeżywam właśnie "wielką kumulację" ważnych dla mnie rocznic. Pod koniec ubiegłego roku minęło dokładnie 25 lat od kiedy wystawiłem pierwszą fakturę jako jednoosobowa firma doradztwa personalnego, której kontynuatorem jesteśmy dziś jako LHH DBM Polska. Parę dni temu dokonałem także kolejnej aktualizacji w swoim profilu na LinkedIn, zmieniając wiek na okrągłe 60 lat i, odpowiednio, staż zawodowy na 35 lat. (To ostatnie dotyczy formalnej umowy o pracę, bez uwzględnienia wcześniejszych o kolejne lata zajęć w charakterze zbieracza stonki, chórzysty w operze, pomocnika w gospodarstwie ogrodniczym, ratownika wodnego, itp.). Także z moją żoną Małgorzatą, dokładnie 35 lat temu powiedzieliśmy sobie sakramentalne "tak". To wszystko nastroiło mnie wspominkowo i postanowiłem opowiedzieć "gawędę założycielską" LHH DBM Polska z mojej perspektywy. Podkreślam "moją perspektywę" z uwagi upływ czasu oraz naturalną subiektywność spojrzenia i wybiórczość pamięci. (Nie jest to też, żadną miarą, próba opowiedzenia historii firmy. Gdyby ktoś się kiedyś o to pokusił, pewnie tak by wyglądał jedynie mój wsad do tej historii jako jednego z wielu jej uczestników.)

Jak napisałem, pierwsze działania sprzedażowe jako jednoosobowa firma doradztwa personalnego rozpocząłem 25 lat temu, w końcu 1993 roku. Także wtedy, w trakcie realizacji pierwszego poważnego zlecenia dla Zespołu Elektrociepłowni w Łodzi zaprosiłem do współpracy przy tym projekcie Pawła Gniazdowskiego (wówczas wicekuratora oświaty w Łodzi). Paweł jakiś czas później dołączył na dobre, stając się formalnie pracownikiem firmy, a praktycznie osobą, która od początku, jak partner, uczestniczyła w stawianiu przez nasz biznes pierwszych kroków. Myślenie w kategoriach związków przyczynowo-skutkowych każe mi jednak cofnąć się w czasie jeszcze bardziej. Podobnie jak w przypadku rzek tworzonych z licznych dopływów, tak i ta jesień 1993 roku była efektem kilku wątków, które zbiegły się w odpowiednim miejscu i czasie.


Prehistoria

Widzę cztery takie wątki, które doprowadziły mnie do wspomnianego 1993 roku. Pierwszy, to wątek tworzenia czegoś w przestrzeni społecznej, a często też stawania na czele tego czegoś. Sięga jeszcze czasów liceum, kiedy po raz pierwszy przyszło mi animować różne klasowe inicjatywy.


Podpisujemy Porozumienia Łódzkie, luty 1981
Najbardziej jednak doszedł do głosu w okresie studiów, które rozpocząłem w 1978 roku, a zatem jeszcze za głębokiej "komuny". Po mamie przejąłem buntowniczą, niepodległościową i trochę awanturniczą naturę (dziadek po kądzieli – walczył z bolszewikami, a później z Niemcami jako żołnierz Armii Krajowej; mama, ksywa "Sprężyna", taterniczka, współzałożycielka Solidarności na Politechnice Łódzkiej). Ja sam już końcu lat siedemdziesiątych znalazłem się w sieci czytelników i kolporterów różnych podziemnych wydawnictw. Kiedy zatem w 1980 roku powiał wiatr odnowy, natychmiast rzuciłem się w wir organizowania Niezależnego Zrzeszenia Studentów, czyli takiej naszej studenckiej Solidarności. Choć "spóźnieni" w stosunku do robotników z Wybrzeża, i my chcieliśmy mieć swój udział w walce o wolną Polskę.

Strajkowicz w zadumie, 1981
Niezwykłym doświadczeniem tego wątku było kierowanie w 1981 roku strajkiem studentów Politechniki Łódzkiej (trwał kilka tygodni i skupił ponad cztery tysiące strajkujących studentów) i wejście w skład zespołu negocjującego postulaty strajkowe z ówczesnym ministrem nauki i szkolnictwa wyższego. Ten osobisty wątek, który mógłbym nazwać "społeczno-liderskim", nierozerwalnie łączy się z drugim, który dotyczy znajomości i współpracy z Pawłem Gniazdowskim. Wtedy to bowiem po raz pierwszy spotkaliśmy się. Był przełom 1980. i 1981. roku (a więc wkrótce minie 40 lat!), Uniwersytet Łódzki zaczynał swój strajk, a Politechnika Łódzka właśnie się do niego przygotowywała. Jednym z elementów tych przygotowań było spotkanie z kolegami z UŁ i poznanie ich pierwszych strajkowych doświadczeń. Wśród studentów, którzy nas odwiedzili był właśnie Paweł – szef komitetu strajkowego UŁ i współredaktor naszych postulatów.


Strajkowicz w akcji, 1981
Z tym, równie zbuntowanym, obdarzonym długą czarną grzywą (tak, tak...) studentem filologii angielskiej i kulturoznawstwa szybko złapaliśmy "chemię". Po zakończonych strajkach utrzymaliśmy kontakt i wspólnie "knuliśmy" w mrocznym czasie stanu wojennego. Stawiając nie tylko na walkę i drukowanie "bibuły", ale też na pracę organiczną założyliśmy koło samokształceniowe, do którego dołączyli inni koledzy z opozycji. Zaczęliśmy bardzo organicznie, bo od klasycznych filozofów, szybko jednak idąc w stronę nauk społecznych, bardziej pragmatycznych z punktu budowania nowej wolnej Polski.

Trzeci wątek nazwałbym "gospodarczym". W 1987 roku założyłem pierwszą własną firmę w branży budowlanej (jestem absolwentem budownictwa i architektury). Co ciekawe, na tym samym numerze wpisu do ewidencji gospodarczej działaliśmy nieprzerwanie do 2007 roku, zmieniając tylko deklarowany zakres usług. (Do dziś mam gdzieś tabliczkę zdjętą z pierwszej formalnej siedziby firmy w Łasku, z logo działalności rzemieślniczej i dumnym tytułem "Usługi murarskie, mgr. inż. Piotr Kociołek".) Firmę nazwałem Castor (łacińska nazwa bobra) inspirując się budowlanymi zdolnościami tych pracowitych zwierzątek. (Firma zresztą działa do dziś, prowadzona przez mojego późniejszego wspólnika.) Dlatego też, kiedy dostałem na początku 1992 roku dość nieoczekiwaną propozycję poprowadzenia (w charakterze kontraktowego menedżera) firmy w branży motoryzacyjnej, porzucając działalność budowlaną, przemianowałem swoją działalność na "Beaver Management and Consulting" (pozostawiając w logo tę samą sylwetkę bobra). Ideowym wsparciem dla utrzymania asocjacji z bobrem, był zapis w którymś z uznanych słowników angielskich wskazujący, że oprócz rzeczownika, jest też czasownik "to beaver", oznaczający wytrwałą, ciężką pracę. :-)

Tu muszę przerwać na moment wątek "gospodarczy", by wprowadzić już ostatni wątek, który dotyczy moich zainteresowań psychologią i pracą rozwojową z ludźmi. (W tym wątku pewnie nie bez znaczenia był wzór mojego ojca, wybitnego łódzkiego laryngologa, który niezliczonym pacjentom pomagał odzyskiwać słuch i głos.) Wątek "psychologiczny" zaczął się, jak to często w tej branży bywa, od pracy nad sobą samym. Najpierw były różne wydarzenia i treningi o charakterze medytacyjnym, a następnie grupa otwarcia w Laboratorium Psychoedukacji (też już ponad 30 lat temu) oraz szereg spotkań indywidualnych z psychologami zajmującymi się pomaganiem innym. Ważną cezurą okazał się początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy to znajomy poprosił mnie bym wyręczył go z roli moderatora spotkań rozwojowych, na które przyjeżdżało po 100 i więcej osób, i którym należało zorganizować pracę warsztatową w podgrupach (miałem wybrać, przygotować i superwizować moderatorów dla tych grup). Potem, przez kilka lat z rzędu, powtarzałem to doświadczenie, angażując się także w indywidualne prowadzenie niektórych uczestników.

Wątek "gospodarczy" zbiegł się w moim życiu zupełnie nieoczekiwanie z wątkiem "psychologicznym" dzięki pewnemu Duńczykowi. Soren Toft-Jensen był właścicielem firmy specjalizującej się w regeneracji rozruszników i alternatorów. Około roku 1990 roku przeniósł on część produkcji z Danii do Polski i po okresie rozruchu szukał dla niej menedżera, który wyprostuje mu różne problemy niezwiązane bezpośrednio z samą produkcją. Poznaliśmy się dość przypadkiem, gdy poprosił mnie, jeszcze jako szefa firmy budowalnej, o skonsultowanie jego planów inwestycyjnych. Z biegiem czasu nasze rozmowy zeszły na zarządzanie ludźmi, co ostatecznie zaowocowało, wspomnianą już wyżej, propozycją objęcia funkcji GM w jego polskim biznesie. Otóż, jak wielu skandynawskich menedżerów, Soren bardzo wierzył w psychometrię i życzył sobie by każdy zatrudniany pracownik był testowany metodą DISC (w wersji Thomas).

Mój trudny charakter
wg metody Thomas
Nie muszę pisać, jak mnie ten temat zainteresował jako "inżyniera-psychologa"! Wypełnione ankiety wysyłałem faksem do Danii, a Soren potem dzwonił i orzekał, który z kandydatów ma "strong personality", a który nie. Pewność owych orzeczeń i ich nieskomplikowany charakter najwyraźniej mnie urzekły. Do tego stopnia, że postanowiłem zadzwonić na brytyjski numer telefonu widniejący na formularzu testu. Osobie, która odebrała powiedziałem, że byłbym zainteresowany nauczeniem się ich metody. W odpowiedzi usłyszałem, że to zadziwiający zbieg okoliczności, bo oni właśnie planują pierwsze szkolenie certyfikacyjne w Polsce. Mina mi jedynie zrzedła, gdy usłyszałem, że za trzydniowy warsztat miałbym zapłacić okrągłe 1000 dolarów (w owym czasie była to gigantyczna kwota, jak na młode małżeństwo na dorobku, z dwójką małych dzieci). Nie mniej, po nocnej naradzie z żoną, powiedziałem "tak". Kontrakt z Duńczykami miał się ku końcowi, a mnie zamarzyła się firma, która zajmowałaby się testowaniem pracowników.


Historia

Taką koleją rzeczy, jesienią 1993 roku, targając sporą teczkę zawierającą formularze testów, prymitywny klucz do ich rozwiązywania i plik ulotek wyruszyłem na podbój łódzkiego rynku. Koncept sprzedawał się bardzo przyjemnie i... nieskutecznie. Umawiałem się z szefem jakiejś firmy i robiłem mu test. Na ogół był pod wrażeniem ogromu informacji, które mogłem wyczytać z 48. zaznaczonych przymiotników. To była ta część przyjemna. Następnie jednak z troską pytał, jak chcę z czegoś takiego wyżyć, bo, owszem, to bardzo interesujące, ale w zasadzie test potwierdza jego intuicje, więc dlaczego miałby za takie potwierdzenie wiedzy o swoich ludziach płacić. Gdybym mu dostarczył nie wiedzę, ale nowego, sprawdzonego pracownika, to co innego... W ten sposób sprawdziła się stara zasada, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi (lub jak kto woli, bardziej nowocześnie, "Plans are for nothing. Planning is everything.").


Budowa pierwszego biura, 1994
Po jakimś czasie, już z Pawłem na pokładzie, rozstaliśmy się zatem z myślą o życiu tylko z testów i po prostu uruchomiliśmy działalność rekrutacyjną. Stała się ona pierwszą znaczącą linią biznesową, która przez z grubsza 10 lat działała i pozwoliła na rozwój innych serwisów. Testy i oceny oczywiście też robiliśmy, ale nie one okazały się naszym "core business". Był to czas pojawienia się kolejnych osób w firmie.


Otwarcie biura na Kościuszki 85 (1994)
(sporo nas tam, ale połowa to rodzina i przyjaciele)
Wśród ponad 30. pracowników, którzy dołączyli lub przewinęli się przez firmę w pierwszych latach jej działalności, są zarówno obecni partnerzy zarządzający, jak i osoby, które założyły własną działalność trenerską lub konsultingową i nadal z nami współpracują. Większość z nas początkowo pracowała głównie jako rekruterzy (nie wyłączając naszej obecnej szefowej finansowej, Ewy Ptaszyńskiej), a ja z Pawłem, dodatkowo, jako główni handlowcy.


Ania Grabowicz, początkowo asystentka,
szybko jednak wytrawna rekruterka
Pierwsze biuro u zbiegu Kościuszki i Mickiewicza w Łodzi szybko okazało się za małe i przenieśliśmy się na Sienkiewicza, zajmując pół dużego piętra w starej kamienicy. Pamiętam z tego okresu pierwsze ogłoszenia w prasie, początkowo nawet sygnowane nazwiskami Pawła i moim (studenci, którzy nas znali ze strajków wchodzili, tak jak my, w poważne role biznesowe).



Gdzieś na Piotrkowskiej
Pamiętam niekończące się dyskusje strategiczne z Pawłem w kafejce na Piotrkowskiej, stresy  typowe dla przedsiębiorców, którzy ze skromnymi środkami rozkręcają nowy biznes, czy też godziny spędzone nad panami grafikami, którzy składali w redakcjach GW i Dziennika Łódzkiego nasze reklamy, żeby te były możliwie atrakcyjne i eleganckie. Wkrótce też postawiliśmy nogę w Warszawie, początkowo w nielicznych pomieszczeniach na ul. Karwińskiej.


Pierwsze próby "umiędzynarodowienia się"
– rozmowy o współpracy z Bilston College
Bardzo szybko podjęliśmy (jeszcze po starych oświatowych kontaktach Pawła) próbę nawiązania współpracy z Bilston Community College w Anglii, która jednak zakończyła się na uroczystym podpisaniu porozumienia oraz wywiadzie i zdjęciu w lokalnej gazecie. (Moim osobistym pożytkiem było skorzystanie w angielskich biurach pracy, które odwiedzaliśmy z dwóch różnych komputerowych "doradców zawodowych", z których każdy, niezależnie od drugiego, zarekomendował mi tę samą karierę w roli "playworker", czyli takiej naszej przedszkolanki.)


Kasia Pieciul
pod naszym pierwszym logo z bobrem
Krzepnięcie rekrutacji pozwoliło nam zwrócić się z biegiem czasu w stronę innych "nóg" biznesowych. Zmieniliśmy też po drodze nazwę firmy na "Beaver Doradztwo Personalne". Paweł wraz z Kasią Pieciul zaczęli opracowywać pierwociny naszej oferty szkoleniowej, co okazało się pierwszym ważnym krokiem w odchodzeniu od rekrutacyjnej monokultury. Ja, za sugestią Pawła, wybrałem się w 1995 roku na miesięczny pobyt stażowy do USA, z którego przywiozłem szereg inspiracji, a wkrótce potem skończyłem podyplomowe studia konsultingu na SGH oraz dla trenerów w SWPS i LPS, które dołożyły się jakoś do rozwoju naszej oferty w (jak to dziś byśmy nazwali) obszarze Talent Development.


Targi branżowe (za kontuarem
m.in. Marzanna Kowalska)
Nie mniej to właśnie nasza mocna pozycja na rynku rekrutacyjnym okazała się kluczowa dla naszej przyszłości jako części LHH i wejścia w biznes Career Transition, z którego dzisiaj słyniemy jako LHH DBM Polska. Otóż pewnego dnia, bodajże 2000 roku, (nie wiedzieć zresztą dlaczego, nie w sekretariacie, a na moim biurku) odezwał się telefon. Dzwonił Thomas Grosjean, Amerykanin o francuskich korzeniach, mieszkający od 25 lat w Finlandii, będący wspólnikiem MPS – największej fińskiej firmy w branży executive search. Powiedział, że właśnie "wykruszył" im się dotychczasowy polski partner i szukają nowego.

Dwa tygodnie później, w lobby warszawskiego Sheratona, podpisałem z Thomasem umowę o współpracy z MPS. Na tyle mocno postawiliśmy na sojusz z Finami, że zmieniliśmy nazwę firmy na MPS Polska, utrzymując jednak logo Beaver'a do działalności szkoleniowej. Skorzystaliśmy na tym podwójnie. Były to złote lata inwestycji skandynawskich w Polsce, zwłaszcza w zamożnej branży finansowej. Robiliśmy zarówno rekrutacje na poważne stanowiska, jak i liczne tzw. "personnel due dilligence", ciesząc się z wysokich cen wynegocjowanych przez MPS.


Historia naszej drogi do DBM na jednej wizytówce
Co jednak ważniejsze, bo bardziej brzemienne w skutki, MPS był partnerem DBM w Finlandii i zarekomendował nas jako ich potencjalnego partnera w Polsce. Tu już nie było tak szybko (głównie dlatego, że amerykańscy prawnicy piszą umowy liczące dziesiątki stron), nie mniej w rok po podpisaniu umowy z MPS, mieliśmy także uzgodnione porozumienie ze światowym DBM. Był rok 2001 i zaczynaliśmy tym samym budować historię outplacementu w Polsce. (DBM był wówczas częścią kanadyjskiego koncernu medialnego Thomson i konkurentem Lee Hecht Harrison; fuzja, która doprowadziła do powstania dzisiejszego LHH DBM nastąpiła 10 lat później, w 2011 roku).


Posłowie

Tu wypada mi skończyć moją "założycielską gawędę". Krótko bowiem po dogadaniu umowy z DBM, równo z początkiem 2002 roku, zniknąłem z firmy, co ciekawe, także za sprawą naszych serwisów rekrutacyjnych, które wówczas jeszcze szły pełną parą. Pewnego dnia zadzwonił do mnie Sławomir Lachowski, którego przelotnie poznałem przy okazji jednego z projektów w sektorze bankowym, a który kilkanaście miesięcy wcześniej, jako wiceprezes BRE Banku, wystartował z projektem pierwszego w Polsce internetowego banku, czyli mBanku. Ponieważ projekt rozwijał się bardzo dynamicznie, włączając w to nowy brand, jakim był MultiBank, Lachowski chciał żebyśmy mu znaleźli szefa personalnego. Nasze spotkanie w łódzkiej Anatewce zaczęło się typowo: profil stanowiska, oczekiwania wobec idealnego kandydata, itp. Koniec okazał się zaskakujący, gdy Lachowski zapytał dlaczego ja nie mógłbym objąć tej roli. Początkowo wyśmiałem pomysł – jak właściciel i szef, już wtedy niemałej, firmy może ją zostawić? Zasiane ziarno zaczęło jednak kiełkować. Największym argumentem "za" była perspektywa poznania od środka świata korporacyjnego, czego zawsze mi osobiście brakowało by uznać się za wiarygodnego konsultanta dla biznesu przez wielkie "B". Po kilku długich rozmowach i uzgodnieniach z Pawłem, który musiał mnie zastąpić, także z żoną, która zawsze towarzyszyła mi w kluczowych wyborach, ostatecznie zdecydowałem by jednak z tej szansy skorzystać.

Odszedłem zatem z własnej firmy, z intencją by przez 5 lat popracować w świecie korporacyjnym i wrócić z doświadczeniami, które pomogą w rozwoju tejże firmy. (Uzgodnienie początkowe było takie, że jeden dzień w tygodniu nadal poświęcam firmie, ale okazało się to mrzonką – zwariowane tempo życia, zwłaszcza w tak wymagającym i "kultowym" projekcie jakim był mBank, z wszystkimi jego możliwościami i pokusami, wessało mnie bez reszty.) Dzięki zespołowi, który w firmie został, a zwłaszcza Pawłowi i moim późniejszym wspólnikom – Ewie, Kasi i Agnieszce, firma przetrwała trudny czas zniknięcia szefa (i niemałej części biznesu, który osobiście generowałem), a nawet, jak się wydaje, wyszło jej to na dobre, o czym świadczy jej późniejszy rozwój i obecna pozycja rynkowa. Kilka lat później usankcjonowaliśmy ten stan rzeczy, przekształcając się w spółkę komandytową, w której Paweł, Agnieszka, Ewa i Kasia są komplementariuszami prowadzącymi firmę, a ja pasywnym komandytariuszem.

Po licznych przygodach korporacyjnych (szef HR w mBanku, MulitiBanku i Private Bankingu BRE Banku, szef Centralwings i MultiBanku), prawie zgodnie z planem, bo po sześciu latach, pod koniec 2007 roku, wróciłem. Zastałem firmę prężnie działającą i silnie zintegrowany zespół kierowniczy. Jest to aktualne tym bardziej dzisiaj, po kolejnych latach rozwoju, za co wszystkim byłym i obecnym pracownikom oraz liderom naszej firmy jestem winien wyrazy najwyższego uznania i wdzięczności!

Nie zmieniając swojej pozycji pasywnego wspólnika, poświęciłem się w całości misji, którą powierzyli mi partnerzy zarządzający, a którą było rozwinięcie linii biznesowej Talent Development, tak by stała się drugą "nogą" zabezpieczającą nas przed możliwymi wahaniami na rynku Career Transition. Lata 2008-2016 były dla mnie niezwykle aktywnym i pracowitym czasem budowania różnych modeli, produktów oraz pomysłów na pracę z klientami, uzgadniania z naszymi trenerami i coachami wyróżników naszego stylu pracy. Był to czas wyznaczony licznymi podróżami i spotkaniami z klientami w całej Polsce (rocznie po 50 tys. km w trasie), ok. 300. slajdami w bazie wiedzy, uruchomieniem i poprowadzeniem szkoły pracy z grupą dla naszych trenerów i coachów. To także okres zwieńczony stworzeniem i przekazaniem do "komercjalizacji" prototypu naszej biznesowej nadziei, czyli Compact Learningu. Przesuwając się coraz bardziej w stronę pracy z klientami, zaprosiłem do współpracy i przekazałem pałeczkę w kierowaniu TD Renacie Tadeusiak (którą to rolę rok temu przejęła Magda Siwek). Funkcja master coacha, którą pełniłem przez te lata, została po części przejęta, a po części innowacyjnie rozszerzona przez naszą radę programową. Stosownie do stażu, coraz częściej się odnajduję w roli wewnętrznego i zewnętrznego doradcy, który z niesłabnącą gotowością i frajdą dzieli się doświadczeniem i wiedzą ze wszystkimi, którzy tego potrzebują i chcą.


Z obawy o pominięcie kogoś, do minimum ograniczyłem przytaczanie z imienia i nazwiska osób które na przestrzeni tylu lat współtworzyły firmę – pracowników, współpracowników, a także naszych klientów i ich pracodawców. (Wielu też nazwisk już po prostu nie pamiętam.) Może powyższy zapis wspomnień zainspiruje innych do dołożenia swojej cegiełki do historii DBM LHH Polska. Na co dzień znajduję dowody na to, że wartości, którymi żyliśmy tworząc firmę – zaradność, pracowitość, zorientowanie na klienta, działanie połączone z refleksją i stawianie człowieka przed biznesem – także dziś są czynnikami naszego sukcesu. Warto o tych wartościach pamiętać i przekazywać je sobie nawzajem jako ważną część naszych kulturowych korzeni.


Post scriptum

Kiedy pokazałem draft powyższych wspomnień żonie i paru przyjaciołom, powiedzieli, że brakuje im zakończenia. Nie wiem co jednak mógłbym dopisać? Nic się nie kończy! Firma działa i rozwija się! Przychodzą nowe pokolenia, ale stare trzymają się krzepko (co nie znaczy "kurczowo", o czym świadczy rozszerzające się grono kierownicze firmy).

Nie jest to także żaden mój "list przedemerytalny". Historia biznesu jest pełna przykładów ludzi, którzy już po sześćdziesiątce uruchomili nowe przedsięwzięcia lub nadali nowy impuls starym. Nie dalej jak dwa tygodnie temu rozmawiałem z pewnym Kanadyjczykiem, nowym/starym szefem jednej z naszych firm-klientów, człowiekiem niezwykłej charyzmy i klasy. Mając 65 lat, wrócił do zespołu, który prowadził wiele lat temu, a który wymagał w różnych wymiarach nowego otwarcia. Byłem pod wrażeniem jego witalności, dystansu i mądrości oraz pozytywnej recepcji samego zespołu. Tacy ludzie jak on potwierdzają, że młodość ducha, ruchliwość umysłu i ciekawość świata można zachować mimo upływu lat. (Ja sam "wkręcam" się ostatnio i szkolę w agile, pragnąc sprawdzić jak ten ciekawy i modny obecnie koncept może przełożyć się na nowe myślenie o przywództwie i rozwoju organizacji naszych klientów.)

Argentyna i Chile – relacja z wyprawy (listopad 2013)



1-3 dzień wyprawy


Po bezproblemowym przelocie z Warszawy przez Paryż i dwóch dniach w Buenos Aires jedziemy przez Patagonię drogą absolutnie prostą przez absolutnie płaski step. Buenos - pierwszego dnia trochę przygnębiające. Mieszkaliśmy i kręciliśmy się po dzielnicy, jak się okazało, raczej biedniejszej, z deptakiem Defensa trochę w stylu barcelońskiej Rambli, ale węższym i bardziej zatłoczonym. Pawła już po pierwszych pięciu minutach próbowali okraść na kupę ptaka (gość najpierw psika jakimś czarnym tuszem na spodnie od tyłu, a następnie rzuca się z chusteczką by życzliwie je oczyścić z rzekomej ptasiej kupy, przy okazji czyszcząc plecak z paru przedmiotów).


Sprzedający tubylcy sprawiają wrażenie jakieś innej rasy (przychodzą mi na myśl Dothrakowie z Gry o tron) - wytatuowani, z kolczykami w nosach, uszach, wargach, policzkach, z dredami lub wygolonymi częściami głów. Różnorodność antropomorficzna niesamowita, ze sporym udziałem andyjskich Indian. Sprzedają rzeczy w sumie analogiczne do tego co można kupić na każdym podobnym deptaku w Europie, może z wyjątkiem tykw do picia yerba mate.

Domy odsłaniają historię jakiejś dawnej cywilizacji, która wybudowała tu niegdyś piękne domy, bogato zdobione sztukateriami, a następnie została wyparta przez Dothraków, którzy, nie znając sztuki budowania rusztowań i potrafiąc posługiwać się wyłącznie farbami w sprayu, zamalowali swoim graffiti fasady dolnych kondygnacji. Podobnie zresztą wyglądają wagony tamtejszego metra, które mimo całego swojego zaniedbania, wożą nas jednak na znacznie dłuższych odcinkach niż w Warszawie.

Wczoraj, w niedzielę po południu, wyprawa do La Boca - portowej dzielnicy słynącej z obskurnej i pstrokatej zabudowy. Biedni imigranci osiedlali się tu, klecili swoje domy z byle czego i malowali je resztkami farb pozostałych z malowania statków.


Przed każdą knajpką podest z parą od czasu do czasu kręcącą parę kroków tanga, ale zasadniczo czekającą na gości restauracyjnych - jak się zgłasza pani, to tancerz robi z nią parę kroków i pozuje z klientką do zdjęć (5 peso), jak turysta - to figury ustawia pani tancerka. W sumie dość przygnębiający widok. Wieczorem urwałem się do kościoła na Mszę. Uczestniczyło ok. 100 tubylców (najwyraźniej przedstawicieli rasy wypartej przez Dothraków). Trochę odmienności (np. czerwone wino do konsekracji) oraz niezwykle melodyjne śpiewane części Mszy (w tym piękne Chwała na wysokości Bogu). Widać jednak po frekwencji, że „cywilizacja budowniczych” w odwrocie.


Noc w hostelu (chyba standard - kible bez zamknięć, łóżka piętrowe, śniadanie na słodko i doglądająca wszystkiego sympatyczna właścicielka). Rano przejazd metrem i marsz na lokalny, słynny (i podobno najdroższy na świecie) cmentarz Recoleta.


Wygląda jak kompletne miasteczko z uliczkami i zabudowaniami. Każdy grobowiec to mini kapliczka z trumną, mikro ołtarzem powyżej, krzyżem i witrażem z Madonną (obowiązkowo). Ze znanych postaci - Eva Peron. Całość zamknięta wysokim murem, otoczona blokami mieszkalnymi i centrum handlowym. Obok kawiarnia Havana, której jedyny właściciel i pracownik tak się zestresował próbując jednocześnie obsługiwać ludzi przy kasie i w ogródku, że ostatecznie ogłosił „cafe closed” i w ogóle zamknął tego dnia biznes.

Potem przejście i przejazd do city - i tu wreszcie podziw! Rozległe, przestronne prospekty ułożone w sieć prostopadle przecinających się przecznic, ogromnie wysokie domy i biurowce oraz równie wysokie platany po obu stronach szerokich jezdni, stykające się czasami koronami na wysokości 8-10 piętra. Pachnie luksusem, jest czysto, a wyluzowani przystojni, szpakowaci argentyńscy dżentelmeni popijają południową kawę.


Mijamy plac San Martin z ogrodem pełnym kwitnących fioletowo jakarand i przedziwnym miejscem do wyprowadzania psów. Na ogrodzonym placyku, pozbawionym już dawno trawy, tylko dwóch właścicieli, z których każdy przyprowadził po ok. 7 psów. Moje córki by się zawyły, bo praktycznie każda rasa dająca buziaczki była reprezentowana. Stąd wchodzimy na słynny deptak handlowy Floryda. Od samego jego progu zaczepiają nas oferujący wymianę dolarów na peso ("cambio, cambio..."). Młodzi, starzy, panie i panowie, w tym nawet jeden na nowoczesnym, elektrycznym wózku inwalidzkim (taki mobilny kantor). Kurs oficjalny to nieco ponad 5 peso za dolara - u nich można uzyskać prawie dwa razy tyle. Najwyraźniej żyją w symbiozie z władzą, gdyż przejeżdżająca od czasu do czasu w pobliżu policja nie zwraca na nich uwagi.

Następne dwie godziny spędzam w punkcie obsługowym lokalnego teleoperatora. Dzięki jedynej tam Argentynce mówiącej po angielsku oraz przemiłej Ukraince, jakoś ostatecznie załatwiam kartę, dzięki której mogę mailować i skypować. Potem szybki kurs po gitarę (zrzutka grupy - teraz będę tylko musiał się wykazać jako grajek) i zjedzony na kolanie stek. Te steki rzeczywiście jakieś tu inne. I wczoraj i dzisiaj zjadałem po jednym dużym i nic - jakbym zjadł parę sucharków - tak delikatne i bez uczucia ciężkości.

Teraz 18 godzin w autobusie (dwupiętrowiec, wysoka kultura). Jutro wieloryby, a potem na zachód w Andy.


4-5 dzień wyprawy


Po 18 godzinach podróży w sumie wygodnym i punktualnym autobusem, z akceptowalnym cateringiem, dotarliśmy do Puerto Madryn, położonym nad Atlantykiem. Wieczorem jagnięcina po patagońsku plus niezłe winko w restauracji i nauka parzenia yerby pod kierunkiem sympatycznego i uczynnego pana z hostelu. Wyższa szkoła jazdy: trzeba zasypać, odwrócić, potrząsnąć, utrząsnąć pod kątem, wlać letnią wodę dla św. Tomasza i jeszcze zrobić parę innych zabiegów zanim się posmakuje, obowiązkowo w większym gronie z tej samej maty (tykwy) i bombilli (rurki). Jest ok, już ją polubiłem. Hostel nowy, czysty, z łazienkami w pokojach.

Rano śniadanko na słodko (jest miód!) i wsiadamy do busa by dojechać na półwysep Valdes. Tam zakładamy kapoki i ształujemy się na łodzie szukać wielorybów baskijskich. Na razie nie wygląda dobrze - w pogoni za marżą łódka pełna, nie wiadomo z której strony czyhać z aparatem, a każdy chce wrócić z fotką. Panowie z obsługi asekuracyjnie proszą o cierpliwość i mówią, że może nam się poszczęści. Ale to chyba element budowania napięcia, bo po 30 min. płynięcia na pełnym gazie widzimy pierwsze pióropusze wody. 

Jesteśmy w okresie po cieleniu się waleni i w rejonie sporo matek z małymi. W pewnym momencie silniki stop i zaczyna się zabawa. Wieloryby podpływają tak blisko, że jak ktoś założył na aparat "za silną lufę", to nie ma jak zrobić zdjęcia. Matki z małymi podpływają na wyciągnięcie ręki i powolnie nurkują pod samą łódką. No dobrze - wychylające się nosy i grzbiety wszyscy już mają, ale kiedy będzie OGON, czyli ostatni, ale - jak się okazuje - rzadki moment zanurzania się wieloryba, kiedy to zaczyna wchodzenie pod wodę na tyle płytko, a jednocześnie pionowo, że pokazuje nad wodą płetwę ogonową.

Wreszcie po kilkunastu "nieudanych" zanurzeniach jest - jakieś 20 metrów od łodzi widzimy przez parę sekund wspaniały, ociekający wodą ogon! Kto zdążył strzelić fotkę, ten szczęściarz. Ci co nie zdążyli obrali dwie strategie: jedni do końca czatowali na następny ogon (jak się okazało bez rezultatu), drudzy zaczęli utrzymywać, że właściwie to im wcale na tym ogonie tak bardzo nie zależało. W drodze powrotnej słyszę dialog pani z panem: "jak tam Twój ogon? – a... taki sobie, nic szczególnego".

Potem lunch i oglądanie słoni morskich. Słonie owe realizują bliski memu sercu model rodziny tradycyjnej - nieliczne samce godzinami wylegują się na plaży lub w płytkiej wodzie kompletnie nie niepokojone przez samice. Nagle - poruszenie: panowie ze straży parku wypatrzyli na horyzoncie stado orek. Hasło "killer whales" elektryzuje nawet naszą przewodniczkę (niezwykle udana mieszanka różnych europejskich, metyskich i kreolskich przodków, nawiasem mówiąc). Ona sama widziała je tylko trzy razy. Ja w swoim nieocenionym Swarovskim też je już widzę jak wpływają do przesmyku. Wsiadamy do busa i pędzimy do miejsca, z którego będzie je lepiej widzieć.


Co za uczta - stado dorosłych i chyba jakiejś orczej młodzieży płynie w pobliską zatokę, potem zawraca i podąża wzdłuż wąskiego zalewu liczącego 30 km długości. Najwyraźniej szukają morskich słoni leżących wystarczająco blisko brzegu. Tutejsza populacja orek liczy ok. 30 osobników, ale tylko 8 z nich potrafi robić tzw. desanty, czyli wpłynąć na brzeg za ofiarą. Nasyciwszy oczy i karty pamięci widokiem orek ruszamy dalej. Paręset metrów dalej znów stajemy i jesteśmy świadkami próby ataku - jedna z dorosłych orek wpływa na brzeg wywołując popłoch w stadzie kilku wygrzewających się słonic. Full serwis zatem.


Potem już powrót niezwykle monotonną kamienistą drogą. Po drodze tylko krótki postój na pingwiny patagońskie. Te mają chyba jakiś układ z parkiem: stoją jak wmurowane 2 m od wyłożonej deskami ścieżki, a jeden nawet sobie pod tą ścieżką zrobił chatę. Szanując jego intymność, strażnicy wyłączyli "jego" 1 m bieżący ścieżki z ruchu. Stajemy też czasami by popatrzeć na pasące się dzikie guanako, strusie czy zająco-podobne gryzonie zwane mara. Trochę nowych ptaków na rozkładzie, w tym petrel olbrzymi, który bez machania skrzydłami leciał równo z nami gdy grzaliśmy 90 km/h.

Teraz kolejny przejazd, tym razem na zachód, na granicę z Chile do Bariloche. Autobus w standardzie ejecutivo, co oznacza ok. 1 m miejsca na nogi - bajka! Myślę, że zaraz coś dadzą do jedzenia i w kimę!



6-7 dzień wyprawy


Trochę teraz trudniej mi pisać, bo posuwamy teraz busikiem i kiedy gapię się dłużej w ipada to mi trochę niedobrze w żołądku; nie pomagają wypite dwie lokalne cervezy i butelczyna 15-letniego single malta Glenfiddicha, której Paweł nie chce już dalej wozić, a więc ją kończymy.

Ostatni rejs autobusem, tym "ejecutivo" dobrze się zaczął, ale potem już było średnio - pan steward obsługiwał nas jakby ta czynność przyprawiała go o ból zębów. W pół drogi okazało się, że musimy zmienić podwody na jakiś zdecydowanie bardziej przaśny wehikuł. W końcu dotarliśmy do Bariloche, zwanego argentyńską Szwajcarią. Jest to w istocie kurort - położony u podnóża malowniczych gór (Andy!) nad jeziorem Nehuel Huapi, którego linia brzegowa liczy 420 km. W roku bodaj 1960 trzęsienie ziemi, które zniszczyło oddalone o 300 km chilijskie miasto, wywołało w tym jeziorze regularne tsunami, które zmiotło lokalny port, zabijając na szczęście tylko dwoje ludzi, bo większość świętowała 1. maja.

Po południu wyjazd wagonikami na górę, ale mgła i bez widoków. Hostel bez euforii i śniadanie spóźnione na tyle, że nasz przewodnik Marcin puścił się na miasto po bułki, ale nic nie zwojował. Tu otwiera się sklepy po 9, a restauracje bliżej 20.

Nazajutrz w Bariloche pogoda super - słońce i bezchmurne niebo. Pakujemy się do busika (bagaże na dach) i ruszamy podziwiać górską Patagonię. Krajobrazy jak z Dzieci kapitana Granta. Najpierw wjeżdżamy wyciągiem krzesełkowym, by zaliczyć niewidoczną wczoraj panoramę, a potem jedziemy wzdłuż jeziora, niesamowitym lasem, którego atrakcją są m.in. najmniejsze na świecie jelenie (wielkości sporego psa) oraz bambusy. Te ostatnie kwitną po 70 latach wegetacji, potem wydają nasiona i usychają. Efektem ubocznym akcji kwitnienia jest wysyp myszy i zagrożenie jakimś roznoszonym przez nie wirusem (ostatni raz 3 lata temu). 

Trafił się nam dobry lokalny przewodnik, bo gadał po angielsku i znał się na ptakach. (Cieszę się, bo moja watchlista znacznie się poszerzyła, kondora olbrzymiego w to włączając).


Po zatrzymaniu się na kilku punktach widokowych docieramy do podnóża czarnego lodowca - wielkiego jęzora lodu, który w końcowej fazie staje się zupełnie czarny od jakiś osadów, po czym wpada do jeziora. Z góry Monte Tronador co chwilę dochodzą złowrogie grzmoty (szczyt nazywa się zresztą w języku Mapucho "wydający grzmoty") i obsuwają się lawiny wyzwalające masy białego, skrzącego się w słońcu pyłu. Cztery lata temu bryły lodu zablokowały wylot wody z jeziora, wezbrały i ostatecznie wylały przerywając naturalną tamę i karczując z drzew koryto na długości kilku kilometrów i szerokości 100 m.


Przeżywam pełny amok ptaszkowy i latam z lornetką i aparatem za każdym fruwającym drobiazgiem. Grupa już się oswoiła. (Znalazłem zresztą bratnią duszę, Jolę, która urodziła się w UK i jest członkiem Royal Society for the Protection of Birds, no i oczywiście zna prawidłową wymowę wszystkich ptaszków po angielsku.) Dostarczyłem też chyba grupie frajdy. To nie jedyne moje dziwactwo dające uciechę grupie - w Polsce zapakowałem się (inaczej, niż inni, którzy mieli miękkie plecaki lub torby) w twardą walizkę, "optymalizując" ją, czyli upychając kolanem do granic możliwości. Na pierwszym noclegu po otwarciu eksplodowała walizka i już nie chciała się z powrotem zapakować. Jako Pomysłowy Dobromir miałem torbę pomocniczą z fizeliny, ale ta po drugim pakowaniu podarła się. Zdesperowany kupiłem torbę a'la Ptak (Tuszyn) na dworcu autobusowym wzbudzając tym kilka dowcipnych komentarzy. Okazało się jednak, że noszenie dodatkowej torby plus gitary stanowi odrębne wyzwanie logistyczne. Ostatecznie sięgnąłem do doświadczeń Marka Kamińskiego z wyprawy na biegun i zostawiłem w najbliższym hostelu grube spodnie sztruksowe. Od tego czasu notuję przedziwny proces odwrotny - coraz łatwiej mi się zapakować, z torby od Ptaka nie korzystam i bagaż jakby coraz mniejszy. Gitara zresztą już się przydała. Ola zna w zasadzie wszystkie piosenki z mojego śpiewnika.

Po spenetrowaniu okolic Bariloche ruszamy w dobrych nastrojach na południe do miejscowości Esquel. Przed nami cały dzień podróży, ale integracja postępuje i jest coraz weselej.



8-11 dzień wyprawy


W sobotę 16.11 dzień przejazdu z Esquel do Perito Moreno, cały czas na południe. Niesamowita zmiana krajobrazu. W Bariloche był bujny las i drogi okolone bajecznymi żółtymi i żółto-czerwonymi żarnowcami, a w samym mieście kwitnące drzewa i krzewy, w tym z naszymi swojskimi bzami. Żarnowce zresztą nie oryginalnie tutejsze, ale przywiezione niegdyś ze Szkocji, tu najwyraźniej znalazły szczególnie przyjazne warunki.


Teraz okolica stopniowo stepowieje. Początkowo jeszcze na zachodzie majaczą ośnieżone szczyty Andów, by dalej ustąpić miejsca już wszechobecnemu płaskiemu pustkowiu - kilkaset kilometrów niemal prostej, momentami kamienistej drogi. Monotonię, na początku, kiedy było jeszcze trochę podmokłych łąk, urozmaicały grupy flamingów i czarnoszyich łabędzi. Potem już tylko pojedyncze krowy, owce, konie, guanako, czasem zając, lis, wcześniej też mara (wspomniany już lokalny gryzoń wielkości dużego zająca), strusie Nandu i przebiegające drogę prześmieszne pancerniki. Jedyne mijane po drodze miasteczko wygląda jak rodem ze spaghetti-westernu z akcją dziejącą się w Meksyku. Na stacji benzynowej pies, który tak się z nami zaprzyjaźnia, że chce wsiadać do busa i zaskakująco dobra kawa. Wieczorem w hotelowej restauracji obowiązkowe lomo (stek) popłukany czerwonym winkiem plus "czarne oczy" i "sokoły" śpiewane przy gitarze i aplauzie nielicznych tubylców.


Rankiem w niedzielę pakujemy się i podejmujemy próbę dalszej jazdy. Niestety po paru kilometrach Gośka przypomina sobie, że zostawiła pod poduszką saszetkę z paszportem i pieniędzmi. Natychmiast wracamy - niestety pokój Gośki jako jedyny został już wysprzątany, a pani czyścicielka oczywiście zaklinała się, że nic nie znalazła. Duży kłopot. Trzeba było iść na policję i wdać się w jakąś faksową biurokrację, która umożliwi Gośce powrót do kraju, a może też wjazd na teren Chile (choć to do ostatniej chwili nie będzie pewne). Korzystając z okazji wybieram się na Mszę Św. Kiedy mówię, że idę okazuje się, są inni chętni i ostatecznie jesteśmy w kościółku (małym, różowym, też jak z westernów) w ósemkę.

Ostatecznie ok. południa, z blisko 4-godzinnym poślizgiem, ruszamy dalej. Na celowniku Cueva de las Manos, wpisana na listę Unesco, w zasadzie ściana (choć z nazwy "jaskinia"), na której nasi przodkowie pozostawili ślady swoich dłoni oraz trochę innych rysunków.


Pigmenty różnych kolorów wydmuchiwali przez rurki wykonane z kości na (zwykle lewą) dłoń przyłożoną do skały. W efekcie powstawały obrysy kilkuset dłoni, stanowiące niezwykły zestaw "podpisów" kolejnych pokoleń nomadów pomieszkujących w tych rejonach nawet 10 tysięcy lat temu. Oprócz tego liczne rysunki guanako, parę gekonów, diabeł z ogonem (czyli już wtedy dawał się poznać) i jedna dłoń z sześcioma palcami (mutant, albo dowcipniś).


Sama Cueva de las Manos ciągnie się ponad przepięknym kanionem Rio Pinturas. Kiedy go opuszczamy widzimy już tylko obłędne przestrzenie Patagonii i wiatr, który momentami sprawia, że naprawdę trudno ustać. Po drodze zupełnie z bliska kondor i lokalny orzeł aguila more. Marcin, przewodnik, który zjechał już kawał świata mówi, że nigdzie indziej nie widział tak rozległych i ciągnących się setkami kilometrów stepów. Krajobraz nadal się zmienia - ziemia coraz bardziej skąpo porośnięta kępami kolczastych krzewów i traw, momentami zagłębienia z resztkami wody, na horyzoncie znowu bielejące Andy. Wzdłuż kamienistej drogi ciągnie się niskie ogrodzenie, na którym widujemy truchła guanako, którym nie udało się ich przeskoczyć i na zawsze na nich zawisły.


Na koniec docieramy do Estancia Menelik - położonej na końcu świata (do najbliższej osady ponad 200 km) grupy baraków z blachy falistej i płyt wiórowych. Zasadniczo stacja służy sezonowo gaucho - zaganiaczom bydła, owiec i zdziczałych koni.


Wita nas tubylec o rysach andyjskich Indian i otwiera barak, już nam zostawiając napalenie w dwóch kopcących piecach-kozach. Temperatura w międzyczasie spadła z ok. 15 stopni w okolicy Groty Rąk do 2 stopni. Kolacja cienka - musiałem dopychać krakersami z serem, ale winka niezmiennie OK. Następnego dnia czeka nas całodniowy trekking po pobliskim parku narodowym Perito Moreno. Przewodnik Eduardo już dotarł. Oby tylko pogoda dopisała. Zakładam najcieplejsze rzeczy, daję nura w śpiwór.

W poniedziałek rano śniadanie (bułki kupione za radą Marcina okazały się porażką - po przekrojeniu wyglądają jakby były wykonane z żywicy, taki zakalec; trochę marudzę, ale Gośka, żona Pawła i Zosia szybko mnie usadzają; na trekkingach się nie narzeka!). Początkowo zimno i zacina wiatrem z drobinkami śniegu, kałuże przymarznięte. Potem jednak wychyla się zza kłębowiska chmur słońce i tak już jest do końca dnia. Najpierw jedziemy do podnóża góry Cerro Leon (w sumie masło maślane, bo Cerro znaczy wzgórze). Po drodze mikro muzeum na wjeździe do parku z wyeksponowanym piórem kondora długości 70 cm.

Włazimy na Cerro Leon i w miarę nabierania wysokości coraz bardziej odsłania nam się jezioro Belgrano, obłędnie turkusowe od wód spływających z lodowca, który jednocześnie stanowi dla tego jeziora pocztówkowe tło. Pod nami, całkiem blisko kołują cztery kondory. Na samej górze tak wieje, że z trudem stoimy i nie wszyscy decydują się na wejście. Krajobrazy jak z Władcy Pierścieni. Potem już szybkie zejście i dalej busem wzdłuż jeziorek i rozlewisk.


Pełno guanako, lis jedzący gęsie jajko, sporo gęsi magellanek zmiennych i flamingów. Z tymi gęsiami jest tak, że żyją w parach i jak padnie samica, to samiec zdycha ze smutku w 2 tygodnie po niej. Jeśli najpierw zdechnie samiec to... samica szuka sobie innego samca (a taką złą prasę mamy my mężczyźni w kwestii empatii i wierności). Zaliczamy jeszcze brzeg jeziora Burmajster, które słynie z niezwykle silnych i permanentnych wiatrów. To jedyny w okolicy przesmyk do Pacyfiku (od którego dzieli nas niespełna 200 km) bez bariery gór. To także jedyne w okolicy jezioro, które należy do zlewiska Atlantyku; wody pozostałych spływają już do Pacyfiku. Okoliczne drzewa przypominają drzewka bonsai, tyle że w makro skali i skierowane gałęziami wyraźnie w jedną stronę, na wschód, bo wiatry wieją zawsze od Oceanu Spokojnego. Potem jeszcze raz jezioro Belgrano, tyle że z drugiej strony. Wieje tak, że Olę w pewnym momencie wywraca do góry nogami.


Wracamy do naszej estatncji i szykujemy obiad. Ja zrobiłem sobie wcześniej yerbę na lokalną modłę. W marketach mają tu nawet czajniki (tych samych firm co sprzedawane w Polsce) z termostatem w dwóch wariantach - yerba i wrzątek. Tubylcy piją ją wręcz rytualnie w kilka osób z jednej mate. Jak wypiłem sam kilka kolejnych "zalań" i serce mi stanęło, to zrozumiałem dlaczego i szybko zacząłem dopraszać współpijących. W blaszanym baraku zastajemy wszystko przysypane warstwą piasku, co dobrze oddaje stopień jego szczelności. Sama buda podskakuje jakby ją miało za chwilę porwać. Jest tak głośno od walących blach pokrycia, że z trudem się słyszymy. Noc zapowiada się ciekawie... Wcześniej jednak dość nieoczekiwana impreza przy gitarze, z tańcami włącznie. Prawie wszyscy się bawią, aż do zgaszenia światła (z agregatu, oczywiście). Wreszcie dwa polary, czapka na głowę i do śpiwora... Jutro dzień na przejazd, cały czas na południe, do parku El Chalten na granicy z Chile.


No i jedziemy cały wtorek (te długie przejazdy trzeba wliczyć "w koszty" przyjemności). Najpierw płaski step, coraz bardziej pustynny, potem teren zmieniający się w górzysty, momentami przypominającymi interior Chorwacji.


Nadal dużo guanako, lis biegnący kilkadziesiąt metrów równo z nami, mama strusiowa z gromadką ponad dziesięciu małych oraz kondor siedzący niedaleko drogi na kamieniu. Trzymając się ostatnich kilkanaście kilometrów turkusowego jeziora, do którego spływa jęzor lodowca, dojeżdżamy wreszcie do El Chalten. Miasteczko wygląda jak skrzyżowanie stacji na Spitzbergenie z Zakopanem. Wieczorem zakupy i stek, chyba najlepszy z dotychczasowych - gruby na 4 cm i tak delikatny, że rozpływa się w ustach. Do tego lokalny malbec z dzbanków w kształcie pingwinów. Rano ruszamy na całodniowy trekking... 



12-13 dzień wyprawy


Wczoraj, w wieczór przyjazdu, w Chalten zimno i deszczowo. To tutaj typowa pogoda - roczny opad deszczu wynosi 8 m. Jednak horyzonty.pl stanęły na wysokości i rankiem w środę wita nas słońce. W planie wejście na morenę Tres pod miejscową atrakcją nr 1, czyli szczytem Fitz Roy. Sama miejscowość zresztą wzięła nazwę od tego szczytu, którzy tubylcy nazywali Chalten, czyli "puszczający dym". Rzeczywiście, nawet przy słonecznej pogodzie góra sprawia wrażenie jakby dymiła. Dopiero w XX wieku, Perito Moreno, zasłużony badacz tych rejonów, który m.in. pomógł wytyczyć granicę pomiędzy Argentyną i Chile, i na cześć którego nazwano park narodowy, o którym pisałem wcześniej, ochrzcił szczyt nazwiskiem kapitana statku Beagle, na którym swą pamiętną podróż odbywał Darwin.


Idziemy najpierw lasem, zupełnie innym, niż te które znamy - drzewa niby liściaste, ale te listki mikroskopijne, bo każde inne porwałby wiatr. Ziemia pomiędzy nimi porośnięta trawą, a całość sprawia wrażenie ogrodu z jakiejś opowieści fantasy, bo wiele drzew uschniętych, poskręcanych, spróchniałych lub spalonych. Wyżej te same drzewa, ale w wersji a'la nasza kosodrzewina. Po ostrym podejściu docieramy na przedostatnią morenę, z której widać wspaniałą iglicę szczytu i spore zmarznięte jezioro u jego stóp. Poza stosunkowo licznymi piechurami widzimy dwie pary zjeżdżające po śniegu pokrywającym dolne partie góry - wygląda na "hard core", bo co chwilę słychać schodzące lawiny. Włazimy na kolejną, już ostatnią morenę i odsłania nam się w dole ogromna dziura z turkusowym jeziorkiem lodowcowym. Schodzimy z powrotem i odbijamy na drugi szlak wzdłuż rzeki Rio Blanco. Trasa prowadzi jej korytem, którego tylko część jest o tej porze roku zajęta wodą. Kilkanaście metrów ponad nami, na zboczu, widzimy jednak wyraźny ślad pozostawiony przez wody w okresie, kiedy cała dolina musiała być wypełniona rwącym żywiołem.

Dochodzimy do wylotu innej doliny, która jest w całości zasypana rumowiskiem głazów o ostrych krawędziach, liczących od kilku do kilkunastu metrów przekroju. Okazuje się, że to ujście krótkiej doliny prowadzącej z kolejnego jeziora lodowcowego. Zosia, z którą idę w drugiej części dnia, nie decyduje się na wspinaczkę po rumowisku, idę więc sam i docieram do jeziora. Samo jezioro białe i mętne, ale lodowiec, który do niego wpada (obrywając się kawałami kilkadziesiąt metrów nad lustrem wody) surrealistycznie błękitno-turkusowy, co widać szczególnie dobrze na tle otaczającego go śniegu. Jak się okazało, zrobiliśmy tym samym dwie typowe trasy trekkingowe. Zajęło nam to w sumie ponad 11 godzin, z dwoma krótkim odpoczynkami. Gdyby nie Zosia, pewnie stawałbym częściej i szedł przez to dłużej, ale zapychała do końca jak mały motorek i nie wypadało mi wymiękać.


W nocy obudziły mnie bolące kolana i myślałem, że rano nie wstanę. Ale nie było "zmiłuj się" i dziś kolejny, już krótszy bo ok. 5-godzinny, marsz pod górę Torres. Jeszcze inne klimaty - długa droga doliną porośnięta tymi samymi drzewami co wczoraj, raz w wersji lasu, raz krzewów. Krajobrazowo pięknie, choć na koniec, po dotarciu do jeziora widzimy tylko dolne partie niebieskawego lodowca, a sama góra Torres tonie w chmurze. (Podobno jednak i tak jesteśmy szczęściarzami pogodowymi jak na te rejony.) Te wszystkie lodowce, które tu widzimy są tylko odnogami Wielkiego Lądolodu Patagońskiego, będącym największym, poza Antarktydą, kawałem litego lodu na Ziemi, mającym blisko 400 km długości i miejscami 40 km szerokości.

Po powrocie chłodne piwo (nasz hostel prowadzi para Żydów - ona z Rosji, on z Argentyny - którzy mają tu sezonowy biznes, mieszkając na stałe w Buenos; dostali jakąś państwową zachętę, by zasiedlili te rubieże) i wsiadamy do busa. Jedziemy w rejon parku narodowego Calafate (od nazwy rosnącego tu powszechnie krzewu - berberysu bukszpanolistnego). Jutro spacer po lodowcu Perito Moreno (bardzo tu pana Moreno szanują, jak widać, bo najpierw miasteczko, gdzie nam buchnęli paszport i kasę oraz byliśmy na Mszy, potem park narodowy, a teraz lodowiec) i przejazd do Chile. Tam 3 dni trekkingu po parku Torres del Paine, okrzykniętego ósmym cudem świata. Pewnie będę milczał, bo tu z zasięgiem kłopot; w Chalten np. w ogóle nie mają sieci GSM, a internet (wi-fi w hostelu) chodzi na jakimś satelicie, więc b. wolno. Po drodze zakupy w mieście Calafate - wypasionym, jak na lokalne warunki, kurorcie z licznymi sklepami pod turystów, kasynem i biurami podróży żyjącymi z wycieczek na lodowce lub rejsy po lodowcowych jeziora. Jeszcze tylko jutro stres związany z przekroczeniem granicy z Chile - mają bardzo ostre przepisy nt. wwożenia żywności i nie wiem, czy mnie puszczą z moimi serkami. Nie chcę ryzykować jakiś innych wynalazków. Na razie na yerbie, bonifraterskich ziółkach i stekach funkcjonuję całkiem dobrze (człowiek to jednak mięsożerca). Na trekking biorę suchary i krakersy plus jakieś serki właśnie. Zobaczymy...

Póki co wywożą nas na koniec świata, na kamping nad jeziorem Roca. Tam nieoczekiwanie znajduję wi-fi, a nawet zasięg (mają swój maszt). Domki murowane, ale bardzo małe, w trzech facetów ledwo się mieścimy w "czwórce" o nazwie Puma. Zaraz stołówkowa kolacja (ravioli). Kąpiel już chyba w zimnej wodzie, bo o 22 wyłączają. Lecę, może jeszcze zdążę...



14-18 dzień wyprawy



W piątek 22.11 od rana jedziemy oglądać lodowiec Perito Moreno koło Calafate. Po wjeździe na teren parku pojawiają się w dużych ilościach krzewy ogniste, zawdzięczające swą nazwę kwitnącym właśnie kwiatom koloru żywoczerwonego. Sam lodowiec kończy się ścianą lodu wysoką na 60 metrów i szeroką na kilkaset. Liczne ścieżki i tarasy pozwalają go oglądać ze wszystkich możliwych wysokości i pod różnymi kątami. 

Lodowiec należy do najszybciej płynących (1-1,5 m na rok) dzięki czemu w ciągu jednego dnia zdarza się kilka sytuacji "cielenia się", które polegają na obrywaniu się fragmentów lodu wpadających do wody z hukiem przypominającym grzmot burzy. Paru z nas udało się złapać ten moment aparatem. Na tarasie głównym siedzą całymi rodzinami Argentyńczycy, niektórzy z nich popijając tradycyjną yerbę. Spotykamy młode polskie małżeństwo, które wybrało się na 3-miesięczną eskapadę z 2-letnim synkiem, przemieszczając się lokalnym transportem publicznym - trzeba mieć zacięcie! Latam tak przejęty, że gubię po drodze przewodnik z ptakami. Robię jeszcze raz trasę, niestety bez efektów. Na szczęście w Calafate nie tylko mogę go odkupić, ale dostaję znacznie lepiej zrobiony przewodnik po całej Argentynie i Urugwaju.



Pod wieczór, nasyceni widokiem lodowca, pakujemy się do busa i jedziemy na granicę z Chile. Jeszcze po argentyńskiej stronie widzę biegnącego przez step patagońskiego skunksa. Ratujemy też życie małemu liskowi gonionemu przez pasterskiego psa - bus wbija się między lisa i psa, co opóźnia pogoń i pozwala liskowi dobiec do lasu. Na przejściu granicznym jakaś biurokratyczna głupota, bo każą nam cały bagaż wypakować i przepuścić przez bramki jak na lotniskach. Szukają wyłącznie owoców i innej żywności nie zapakowanej próżniowo i bez oficjalnych metek. Ostatecznie znajdują dwa jabłka, które jedna z pań zapomniała wywalić przed granicą. Celnicy szczęśliwi, uroczyście te jabłka ważą i przekrawają. Najwyraźniej uspokojeni, puszczają nas wolno.


W Chile krajobraz staje się bardziej górzysty, guanako mniejsze i mniej płochliwe. W końcu docieramy do mety - mocno low costowego hostelu z zaskakująco dobrą jagnięciną i przyzwoitym chilijskim winem. Lokalizacja też spektakularna - u stóp masywu Torres del Paine - trzech strzelających w niebo skalistych iglic.

Rankiem w sobotę w pakujemy się do plecaków na 3,5-dniowy trekking i wjeżdżamy do parku narodowego Torres del Paine, kierując się do południowego krańca jeziora Grey.


U jego brzegu utknęła na mieliźnie błękitna góra lodowa, dalej w tle kilka innych zepchniętych przez niezmiennie porywiste wiatry, pod przeciwległy brzeg. Szalupa z silnikiem zabiera nas i nasze plecaki na stateczek, który nie może dobić do przybrzeżnej płycizny. Tam najpierw przewodniczka słabym hiszpańskim i płynnym angielskim opowiada coś o jeziorze i lodowcu Grey, który je zasila. (Sara, jak dopytałem, pochodzi z Chicago. 3,5 roku temu przyjechała tu, wyszła za Chilijczyka, który pokazuje turystom pingwiny w Ziemi Ognistej, a ona właśnie pracuje na Lago Grey.) W końcu wychodzimy na pokład górny. Wieje tak, że nawet tam zalewa nas woda. Nie mniej widok lodowca Grey, który wpada trzema odnogami do jeziora, trzyma nas na decku. Niezawodny Adam wypatruje kondora, który siada na skale i daje się podziwiać mnie i Joli (bo tylko my mamy lornetki). Nasz stateczek cumuje do boi pod samym lodowcem Grey, w pobliżu kilku oderwanych mini-gór lodowych. Wszystkie niesamowicie błękitne. Sara wyjaśnia, że ten błękit stąd, że lód lodowca ma strukturę, która rozszczepiając białe światło absorbuje wszystkie długości poza kolorem niebieskim i ten jest następnie odbijany tworząc wrażenie niebieskości samego lodu (to podobnie jak z lusterkiem na skrzydle u sójki - też się wydaje, że jest niebieskie, a nie jest). Wysiadamy z szalupy walcząc z falami oraz niemiłosiernym wiatrem i pchamy się w górę do schroniska. Moderne i schludne, choć ściany z blachy falistej.


Po posiłku idziemy z Zosią obejrzeć lodowiec, a potem już trasa trekkingowa w kierunku pierwszego noclegu. Zostaliśmy z Zosią sami, a ja dodatkowo opóźniam marsz zdjęciami i ptaszkami. Dziś znowu parę nowych gatunków i możliwości strzelenia im fotek. Zośka trochę zła, ale nie ma wyjścia i czeka. Wędrujemy wzdłuż jeziora Grey - wspinamy się, a potem schodzimy, cały czas trawersując zbocze najwyższej góry w tym masywie. Krajobraz oczywiście magiczny, bo za nami lodowiec wlewający się trzema jęzorami do jeziora, a przed nami - góry, w tym jedna o kształcie idealnie równej piramidy, w dole jezioro z błękitnymi górami lodowymi przepędzonymi pod brzeg wiatrem, a obok górująca monumentalna ściana trawersowanego szczytu. Las częściowo spalony - dwa lata temu płomień strawił 17 tys. hektarów, bo wiatr z łatwością roznosi tu ogień. Nie mniej poszycie już odżyło, stąd liczne fioletowe kwiaty i żółte orchidee.

Po drodze dogania nas Polka mieszkająca od 10 lat w Irlandii. Podróżuje z angielskim biurem Odyssey, w grupie ponad 20 głównie Angoli, wehikułem będącym ciężarówką przerobioną na autobus. Wyprawa trwa 6 miesięcy, więc musiała dla niej rzucić robotę.


Ok. 19 docieramy do schroniska. Tam większość grupy zalewa swoje liofilizaty, a ja idę na bardzo dobrego fileta z kurczaka (11.000 peso) i połówkę wina (5.000). 5.000 to jakieś 10 USD - idzie przeżyć. Siadam koło Niemców, ale zaraz przysiada się grupa kobitek z Australii. Mówię im, że wyglądają na wycieczkę jakiegoś związku walczących kobiet, na co moja sąsiadka odsłania swojego T-shirta z napisem "wild women on top" - trafiłem zatem, ma się oko! Moja sąsiadka okazuje się trenerką fitness grupy pań, które od roku przygotowywały się do tej wyprawy, biegając raz w tygodniu z załadowanym plecakiem przez 3 godziny po australijskim buszu. I można... W pokoju pode mną śpi Emy z Australii, która właśnie się obroniła z marketingu, dostała pracę i przed jej rozpoczęciem zrobiła sobie wakacje w Patagonii. Ponadto młode małżeństwo z Izraela z 2-letnim synkiem.

Dziś niedziela, niestety bez szans na Mszę. Po dobrym, jak na schronisko, śniadanku i mocnej kawie, wyruszamy na dalszą wędrówkę.


Ruszam sam i za chwilę, na dobry początek dnia, widzę lokalnego orła, a potem mniszka ognistookiego. Droga prowadzi wśród wyjątkowo tu licznych krzewów ognistych. Początkowo piękna pogoda, potem silny wiatr i momentami zacinający drobny śnieg. Po jakichś 2 godzinach dochodzę do wylotu trasy francuskiej. Tam spotykam Gośkę z Zośką i decydujemy się na odbicie tą trasą na punkt widokowy pod Torres del Paine. Plecaki zostawiamy pod (zamkniętą zresztą) budą straży parku. Nie spojrzałem na mapę i nie miałem świadomości, że to odbicie zajmie nam 5 godzin. Trasa jednak w pełni rekompensuje wysiłek - idziemy cały czas wzdłuż górskiej rzeki o niezwykle dużym spadku i kipiącym nurcie. Ścieżka prowadzi granią - za nami odsłania się obłędnie turkusowe jezioro z licznymi wysepkami i półwyspami. Na prawo wieże del Paine, na lewo lodowiec spływający w dolinę rzeki formacjami przypominającymi gotyckie iglice. Chyba najpiękniejsza droga z dotychczasowych, choć miejscami trudna, zmuszająca czasami, z uwagi na stromiznę i rumowiska, do posuwania się na czworaka. Rozumiem już dlaczego to jedna z najsłynniejszych tras trekkingowych świata i dlaczego to co z niej widać uznano za ósmy cud świata.


Na górze, u kresu drogi, piętrzy się skała stanowiąca punkt widokowy, z którego już w całej pełni widać masyw Torres - kilku wież, obok których górują dwa szczyty z jasnego granitu, zakończone czapami z czarnego kamienia osadowego. Widok niesamowity, dodatkowo podsycony satysfakcją z włożonego wysiłku i poczuciem pewnej ekskluzywności (nie wszyscy wędrujący pomiędzy schroniskami decydują się na to męczące odbicie z trasy).

Wracamy już dość szybko, na dole suchary, serki i cebula. Kiedy siedzę na pieńku podlatuje na odległość 2 m chimango, najmniejszy tutejszy drapieżnik. Oczywiście "reporter przy tym był". Idziemy dalej wzdłuż intensywnie niebieskiego jeziora.


W pewnym momencie szlak schodzi na plażę i okolica zaczyna trochę przypominać wybrzeże Chorwacji. Plażę tworzą utoczone kamienie, na oko połowa w kolorze czarnym i połowa jasnych. Przed dojściem do schroniska jeszcze trzy kondory nad Torres, a więc full wypas, choć znowu mamy w nogach, bo 10,5 godz. w trasie, w tym łącznie może 45 min. popasu. W schronisku schludnie, dobry obiad i winko. Śpimy w namiotach rozrzuconych po pobliskich krzewach, ustawionych na drewnianych podestach.


Rankiem śniadanie, herbata na tarasie, obok trzech lokalnych przewodników popijających yerbę, dolewających co chwilę wodę z termosu do mate z bombillą i podających ją kolejnej osobie. Przy śniadaniu pogawędka z małżeństwem Chińczyków, urodzonych w Malezji, mieszkających w Australii. Są z tą samą grupą Odyssey, co spotkana wcześniej Polka. On emerytowany inżynier, ona podobnie, nauczycielka matematyki na uniwersytecie. Rok temu byli w Azji, teraz tu. Dziś (25.11) droga prowadzi trawersem wzdłuż tego samego niebieskiego jeziora, z masywem Torres po lewej.


Na początek trzy kondory i to całkiem blisko. Słońce, prawie bez wiatru - bajka. Tym bardziej, że ścieżka wiedzie jakby w tunelu z krzewów ognistych - orgia czerwieni i zapachów. Kiedy dotykam kwiatów okazuje się, że wydzielają lepką ciecz, pewnie wabik na owady. Dziś trasa lajtowa, sporo więc odpoczywam, piszę dziennik, podjadam i kontempluję. Szkoda, że Was tu teraz nie ma...

Hmm... okazało się, że jednak nie jest tak lajtowo. Szlak odbija od jeziora, zaczyna być stromo i wręcz upalnie. Nagle zaczyna wiać, a chwilę później otwiera się pode mną przepaść na kilkaset metrów w dół, z rwącą rzeką na dnie. Ubieram wiatrówkę.


Ledwo zdążam, kiedy zza zakrętu, ścieżką-półką truchta karawana koni z jukami i dwoma gaucho w charakterystycznych wełnianych beretach na głowach. Robię serię zdjęć, posuwam się następnych kilkadziesiąt metrów i to co się odsłania zapiera dech w piersiach - przede mną otwiera się gigantyczna dolina, na jej zboczu moja ścieżka, a dołem rwie rzeka. Widać schronisko, a za nim szlak prowadzący wzdłuż rzeki. 


To nasza jutrzejsza trasa pod wieże Torres, tyle że z drugiej strony, niż wczoraj. Część osób poszła również dzisiaj, ale ja wczoraj byłem w trasie znowu ponad 10 godzin i dziś założyłem dzień ulgowy, tym bardziej, że na jutro zapowiadają też niezłą pogodę - może wystarczy, by zobaczyć wieże i zrobić zdjęcia. Jest pomysł, żeby iść na wschód słońca, co oznacza wyjście przed 4 rano. Pomyślę jeszcze. Na razie kupiłem winko i uzupełniam dziennik. W międzyczasie dochodzi Zosia i kupuje drugie wino, zaczyna być sympatycznie. Siedzimy z Pawłami, Olą, Zosią i Marcinem przewodnikiem. Obok, koło pieca, gaucho w berecie i nieodłączną mate, czeka na turystów chętnych na wyprawę pod Torres na koniach.

Przysiadam się do Ann, 66, z USA, ale urodzona w Nowej Zelandii. Sama, bez eksmęża, też z Odyssey i też była rok temu w Azji (włączając w to wszystkie "stany", czyli Uzbekistany, Tadżykistany, itd.). Najlepiej wspomina Gruzję. W Nowej Zelandii ma matkę, 94 lata, która nadal jeździ 100 na godzinę, codziennie spaceruje i dopiera 3 lata temu zarzuciła grę w golfa mówiąc, że jest już "zbyt powolna". Dosiada się jeszcze jedna dziewczyna z ich grupy, Hanna, która rzuciła pracę na poczcie w UK, by odbyć tę podroż. Chłopaka zostawiła w domu; plany na przyszłość niejasne - chce mieć trójkę dzieci, ale ścieżka dojścia na razie nie osadzona w czasie. Kiedy o to zahaczam, zaczyna liczyć lata, ale jak się zaczyna nie zapinać czasowo - wypiera temat i obraca go w żart.


Namiot znowu na podeście, ale tym razem w lesie i wieje jakby zaraz miało go porwać. Leżę w namiocie i czekam na obiad, bo teraz zajada "pierwsza tura", a nas wywalili ze schroniska, by zrobić dla niej miejsce.

Ostatecznie wybieram wariant wyprawy na świt na Torres. Pobudka 3:15, wymarsz 3:30. Idę sam, bo Adam, z którym wyruszyłem wyrwał do przodu, a reszta z tyłu. Dwa razy mylę drogę, bo czołówka mocno zawęża kąt widzenia, a na razie ciemno, że oko wykol. Po godzinie drogi przez las droga zaczyna mocno się wspinać. Na szczęście także zaczyna dnieć i mogę wyłączyć latarkę. Na punkt widokowy docieram ok. 5:30, czyli teoretycznie na godzinę przed momentem, w którym trzy wieże Torres będą oświetlone wschodzącym słońcem. Już teraz je widać, górujące nad zielonym jeziorkiem. Jest już sporo turystów, każdy szuka optymalnego miejsca do "strzału". Ja włażę nieco wyżej niż większość, która czeka przy samym brzegu jeziora.

Patrzę na zegarek - jest 6:06 i wydaje się, że mamy jeszcze pół godzimy czekania, kiedy nagle zaczyna się: na środkowej, najwyższej iglicy Torres, pojawiają się pierwsze promienie. Potem, w ciągu paru minut, słońce rozświetla wszystkie iglice. Pobliski masyw przybiera kolor złoto-czerwony. Spektakl trwa może 10 minut, potem słońce znowu chowa się - nie wiem, czy za górą, czy za chmurami - i po następnych 10 minutach ponownie oświeca iglice, już normalnym, białym światłem. Marcin przewodnik mówi, że jest tu czwarty raz i pierwszy raz spotyka tak dobre warunki - słońce, ciepło i brak wiatru. Mamy szczęście! Schodzę powoli, delektując się widokiem Kordylierów, ze świadomością, że to ostatni dzień naszego trekkingu i - być może - mój ostatni kontakt w życiu z tym górami. Wracam akurat na śniadanie, po którym pakuję się. Idzie mi to coraz sprawniej, ale nauka zabrała trochę czasu. Paweł mówi dziś, że będzie mnie kojarzył z dwóch rzeczy - ptaków i walki związanej z pakowaniem bagażu. Przy okazji sprzedaje ciekawy patent - wąskie worki kajakowe, wkładane pionowo do plecaka, z których łatwiej coś wyjąć bez ich wyjmowania.


Dziś wychodzę jako jeden z pierwszych i ruszam ścieżką prowadzącą zboczem doliny (tą, na której spotkałem wczoraj karawanę). Przy samym schronisku jeszcze pożegnanie z australijskimi Wild Women on Top, które wolały wyspać się i zjeść śniadanie i dopiero teraz atakują Torres. Poza tym sporo turystów wszelkich maści i wieków, pozdrawiających mnie nieodłącznym Hola! Pode mną, w głębi doliny, rwąca rzeka, po obu stronach ściany usypane z drobnego ciemnego kamienia, a wszystko w skali mamuciej. Po 1,5 godz. marszu docieram do wypasionego hotelu Torres gdzie czeka na nas Martin z busem. W hotelu wyborne lokalne piwo, potem do busa i ruszamy na południe do Puenta Arena. Natychmiast zapadam w sen.


Budzę się kiedy stajemy w Perto Natales na lunch. To już de facto wybrzeże Pacyfiku - fiord o płaskich brzegach wcinający się na kilkadziesiąt kilometrów w głąb lądu. Całe zresztą wybrzeże Chile na południu wygląda jak labirynt półwyspów i wysepek, jakby ktoś kiedyś stały ląd poszarpał i rozproszył na pobliskim oceanie. Marcin mówi, że w Chile je się owoce morza. Zamawiam zatem zupę z takowymi - ryba, małże i coś jeszcze, nie wiem co, ale tak dobrej zupy rybnej jeszcze nie jadłem. Na drugie przegrzebki (inaczej małże św. Jakuba) w sosie krabowym - rozpływają się w ustach. Za dwie takie kiedyś zapłaciłem w Écru 120 zł. Tu za pełen talerz daję kilkadziesiąt; plus wyborne białe wino i sałatka z awokado i pomidorów. Życie jest piękne! Generalnie to Chile wygląda jakby kulturalniej, niż Argentyna - knajpa w naprawdę dobrym standardzie, ulice czyste, samochody amerykańskie, drogi betonowe.


Od jakiegoś czasu jedziemy już wzdłuż cieśniny Magellana. Z ptaków głównie magelanki zmienne, podrywające się do lotu na nasz widok. Korzystając z dobrej pogody zahaczamy jeszcze o kolonię pingwinów o tej samej nazwie. Niestety, wygląda na to, że związek zawodowy pingwinów Magellana wynegocjował krótszy czas pracy, bo kiedy po przejechaniu 15 km kamienistą drogą docieramy do granic tzw. pinguineras, okazuje się, że wjazd został zamknięty 40 min. temu. Chłopaki ze straży parku nie pofatygowali się, by stosowną informację zamieścić przy zjeździe z asfaltu, a Martin, kierowca zaklinał się, że rok temu można było wjechać później. Wracamy zatem na drogę do Punta Arenas i jedziemy na nocleg. Pingwiny muszą poczekać do jutra.

Nocleg w stylu angielskiego B&B - domowa atmosfera, pralnia na miejscu, łazienka jak w domu. Niektórzy idą na kolację - ja zostaję i robię remanent w walizce. Wywalam lub rozdaję zupki i kisiele, których nabrałem i ani razu nie jadłem. Wreszcie mam czas, by wszystko spokojnie przejrzeć i przepakować po trekkingu. Rzeczywiście jednak logistyka pakowaniowo-ciuchowa to zdecydowanie mój słaby punkt. Brak mi też doświadczenia: buty, dwie pary spodni, polary, koszulki są super, kijki; kurtka z HiMountain za 350 zł nie zdaje egzaminu - jak się spocę mokra w środku, ściągacze kaptura nie trzymają, napa się odnapowała. Ponadto sporo rzeczy po prostu zbędnych.

Wymyty, przepakowany siadam z kisielkiem i kończę 6 rozdział dziennika. Współczuję Szanownym Czytelnikom, że tak dużo, ale nazbierało się.



19 dzień wyprawy


To Chile to rzeczywiście inny kraj, przynajmniej gdyby sądzić po naszym hostelu. Warunki jak w domu, na śniadanie pyszny chleb, masło, wędlina, ser, dobry dżem i iście domowa jajecznica. Najadamy się i za chwilę brzuchy pełne, bo do tej pory wszędzie dwa toaściki i koniec, a jak jajecznica w schroniskach, to w ilości trzech łyżeczek od herbaty. Jeszcze rano pada, ale ok. 8 wypogadza się, słychać tylko (oczywiście!) porywisty wiatr.


Jedziemy brzegiem cieśniny Magellana na południe, do Fuerte Bulnes, najbardziej na południe wysuniętego kawałka stałego lądu Ameryki Południowej (Ziemia Ognista jest jeszcze "niżej", ale tworzą ją już tylko wyspy). Zbudowany w połowie XIX w., drewniany fort był niejako pierwszym przyczółkiem kolonizacyjnym młodej republiki Chile w tym rejonie. Obecny fort jest rekonstrukcją mini-miasteczka, z kościółkiem, wieżą strażniczą i armatami wycelowanymi w morze włącznie. Kiedy na chwilę pomyśleć, że nie ma tu busa, drogi, prądu, jedzenia jest tyle ile się zmieści w paru chatach ze ścianami z torfu, najbliższe miasto co najmniej kilkaset kilometrów stąd, to nagle zaczynają ciarki chodzić po plecach; ta kolonizacja naprawdę wymagała odwagi. Z drugiej strony żyli tu od wieków Indianie.


Na starych zdjęciach widać półnagich mężczyzn, kobiety i dzieci okrytych w prymitywnie wyprawione skóry. Mierzą z łuków lub stoją pomalowani w pstrokate wzory, czasami z dziwacznymi czapami na głowach. Niestety, byli też mordowani przez białych, np. w taki sposób, że zaganiano ich całymi rodzinami na kry i wystrzeliwano lub zmuszano do skakania do lodowatej wody. No cóż, wiemy skądinąd, że - jak to napisał Brandstaetter - ludzie są producentami gwoździ i octu; nawet na końcu świata...

Na południowym cypelku półwyspu z fortem grupa drzew, a wśród nich zielone papugi i nowy pełzacz. Momentami słońce, chwilami zacinający śnieg. Ten ostatni przeczekuję pijąc yerbę z naszym kierowcą Martinem, przyglądając się uważnie jak ją przyrządza w mojej mate. I dobrze, bo ja jeszcze za płytko wsadzałem bombillę i pitemu naparowi brakowało mocy.


Wracając zahaczamy o Puerto del Hambre. To obecnie w zasadzie tylko przystań poławiaczy krabów, ale kiedyś port. Założyli go Hiszpanie w latach osiemdziesiątych XVI wieku dla obrony przed pirackimi napadami Francisa Drake'a. Niestety, trudna - z punktu widzenia warunków życia - lokalizacja, a zwłaszcza brak wody pitnej sprawiły, że po trzech latach port wymarł i to dosłownie - ludzie wyginęli z głodu (stąd nazwa "Puerto del Hambre" - port głodowy). Dwa nowe ostrygojady i kormorany zaliczone przy okazji, plus dokazujące całkiem blisko brzegu (na oko) delfiny, choć Martin twierdzi, że to jakaś lokalna, mniejsza odmiana orek, która słynie z tego, że jak znajdą w wodzie człowieka, to go holują do brzegu. Pewnie legenda. Ktoś proponuje, żeby to sprawdzić, ale jakoś chętny się nie znajduje...


Przed samym miastem jeszcze ciekawostka: wrak dużego stalowego brytyjskiego szkunera wbity dziobem w ląd. Zamiast go sprzątać i ciąć na żyletki, zrobili przy drodze balustradę i jest "mirador", czyli punkt widokowy. Teraz lunch i shopy w Puento Arenas. Miasto ładne, na poły europejskie, z wieloma znanymi nam markami i typami sklepów. Dużo jakichś lokalnych drogerii typu nasz Rossmann oraz dziwnych sklepów z ziołami, kadzidełkami itp. opakowanymi w chałupniczo zrobione pudełka. Wystarczy opuścić ulice przylegające do głównego placu, a już pojawiają się sprzedawcy o twarzach tubylców z tandetą znaną z całego świata, made ich China, oczywiście. Na tym głównym placu pomnik Magellana, a na jednym z rogów wspaniała willa z kawiarnią w ogrodzie zimowym, wyglądającym jak okazała oranżeria. Miasto dorobiło się na owcach i handlu, ale zaczęło podupadać po wybudowaniu kanału panamskiego. Teraz chyba sporo czerpią z turystki. Zaczynamy zwiedzanie od restauracji, bo zimno i wszyscy głodni. Dziś tylko ja zadowolony - wziąłem krewetki w maśle i białym winie z parmezanem. Gośka z Dorotą wybrały przegrzebki, ale w jakiejś wersji pilo pilo, co się okazało nazwą lokalnej, bardzo ostrej papryki. Rysiek myślał, że zamawia ciepłe danie, a dostał zimny kielich głównie z cebulą i jakimiś morskimi dodatkami, a inne dziewczyny taką zupę jak wczoraj, która jednak zupełnie inaczej smakowała, niestety gorzej. Nikt w knajpie nie gadał po angielsku i tylko białe zimne wina nas nie zawiodły.


Potem biegnę na wybrzeże, by ostatecznie rozstrzygnąć, które kormorany widziałem z busa; okazuje się, że to imperiale - z niebieskim okiem i czubkiem na głowie. Potem jeszcze wizyta w katedrze, do busa i jedziemy na pingwiny (te, które wczoraj nas nie wpuściły; to pingwiny Magellana, inaczej Patagońskie, takie same jak na półwyspie Valdes). Docieramy do paru bud nad brzegiem morza, Marcin opłaca wejście i idziemy kilkaset metrów walcząc z niemiłosiernym wiatrem. Teraz wiem wreszcie co to znaczą te "ryczące czterdziestki". Wieje tak, że naprawdę z trudem się posuwamy. Ja wyrywam do przodu, żeby zrobić fotki i szybko wracać.


Dobrze robię, bo trafiam na prześmieszną sytuację: grupa pingwinów właśnie schodzi z plaży; jeden idzie górą, a cała reszta gęsiego brodzi mini-rzeczką, tak, że wystają im z nad trawy tylko głowy. Okazuje się, że wiedzą co robią. Zrywa się jeszcze silniejszy wiatr z lekkim deszczem pomieszanym z drobnym gradem. Fale bardzo szybko zamieniają się w 2-metrowe grzywacze. Zaliczam jeszcze dwie wieżyczki obserwacyjne, z których widać ten sam przybrzeżny stepu co z dołu tyle, że więcej (bo z góry) i wracam, już trochę mokry, do kafeterii przy parkingu. Model biznesowy tego miejsca jest bardzo prosty: pingwiny mają gwarancję, że bez ruszania się będą oglądać różnokolorowych cudaków z całego świata (np. w pewnym momencie mija mnie Japończyk z teleobiektywem blisko metrowej długości, chyba osiemsetka, co jest tu nonsensem, bo pingwiny podchodzą na 1,5 metra), potem te cudaki (czyli my), wygwizdane wiatrem, kupują gorące napoje i pamiątki w przylegającym do kafeterii gift-shopie. U nas low-costowo, bo Martin w międzyczasie empatycznie zagotował w szoferce czajnik wody i grzejemy się w busie.


Wracamy do miasta i ok. 20 rozsiadamy się w wysoce klimatycznej knajpce. Tym razem większość z nas bierze to samo, czyli congara - lokalnego morskiego węgorza. Super delikatne białe mięso zapieczone z pomidorami i cukinią plus risotto z jakiejś drobnej kaszy. Do tego sauvignon blanc reserva w wiaderku z lodem. Kupa śmiechu, opowieści z całego świata, w tym Marcina o tym, jak przejechali we trzech z Kairu do Kapsztadu, a najlepszą wyżerkę mieli dzięki overbookingowi Lufthansy, która nie wpuściła ich na pokład i zafundowała dwa dni all inclusive w Johannesburgu. Jest też o krabach w Bombaju, śledziach na Bornholmie, masażyście-gigancie w Syrii i knajpie na Bali, która żyła z tego, że grillowała usługowo ryby i małże zakupione na pobliskim targu. Ludzie naprawdę zjeździli cały świat i to za nieduże pieniądze... Jutro cały dzień "przelotu" do Ushuaia w Argentynie, gdzie pojutrze wędrówka po parku Tierra del Fuego, a dzień później rejs kanałem Beagle.



20 dzień wyprawy


Po ponownie wybornym śniadanku w hostelu Karol w Puenta Arenas (Chile) pakujemy się, już po raz ostatni, do busa i ruszamy wzdłuż cieśniny Magellana (nazwaną zresztą przez niego pierwotnie cieśniną Wszystkich Świętych). On sam był Portugalczykiem na służbie Hiszpanów (kiedy wyruszył, Portugalczycy wysłali nawet za im grupę pościgową, ale nie dogonili go i zawrócili). Jedziemy monotonnym stepem, bez guanako, ale za to z całymi stadami strusi, czasami z gromadką małych.


Stajemy też na chwilę w opuszczonej estancji nad brzegiem, na którym w niezwykle malowniczy sposób (choć z domieszką dramatyzmu podszeptywanego przez historie, które musiały się to rozegrać) rdzewieją dwa wraki statków, które nie dały rady w konfrontacji z ryczącymi czterdziestkami. Jest piękne słońce, ale wieje tak, że piasek z wydmowych ścieżek tnie boleśnie po twarzach. Parę fotek i jedziemy dalej.

Dojeżdżamy ok. 11 do przeprawy promowej przez cieśninę w jej najwęższym miejscu (nieco ponad 2 km) i stajemy w kolejce samochodów. Kierowca Martin idzie zasięgnąć informacji; wraca i mówi, że ma dobrą i złą wiadomość. Zła, że z powodu silnego wiatru prom będzie nieczynny co najmniej do 17. Dobra, że... dzięki temu będziemy dłużej ze sobą :-/. Uruchamiamy zapasy na czarną godzinę; ja walczę o przetrwanie krakersami i wódką ze spritem. Kołysze nami, jakbyśmy jechali wyboistą drogą, a przecież stoimy. Nosi mnie jednak po chwili i wybieram się na zewnątrz.


Wieje tak, że autentycznie pchając obiema rękoma nie mogę otworzyć drzwi busa. W końcu jakoś wychodzę. (Martin potem przestawia auto drzwiami na zawietrzną). Walcząc z bocznym wiatrem idę kilkaset metrów do brzegu. Tam tak sypie piaskiem i drobnym żwirem z plaży, że trzeba uważać na oczy. Parę znudzonych psów wyleguje się przy ścianach nielicznych zabudowań. Jest porządna buda z panami od sterowania przeprawą (którzy ze spokojem zapewniają, że wieczorem wiatr się uciszy) i stołówka ze stołami z ceratą, gdzie dają jakąś zupę i kurczaka, które co jakiś czas "wychodzą", bo kuchnia najwyraźniej nieprzygotowana na tę skalę oczekujących). Na stołówce Pawły zagadują z Urugwajką, która małym dostawczym samochodem przerobionym na campera wybrała się samotnie dookoła świata. Dopiero zaczęła - ciekawe czy da radę...? Takie długie wyprawy to zupełnie innym wymiar. Nasz przewodnik Marcin w podróży poślubnej po Ameryce Środkowej i Południowej spędził 10 miesięcy (jak na pierwsze miesiące małżeństwa, trzeba przyznać, dawka uderzeniowa; my byśmy się chyba z moją Gośką pozabijali). Wracam do busa; trzeba się uzbroić w cierpliwość i jakoś przetrwać...


Posypiamy, popijamy i podjadamy do 17. Na dwóch promach, które schowały się przed wiatrem za ostrogą, widać załogi, ale żaden się nie rusza. Wychodzę na spacer po raz drugi. Zaliczam kurczaka z ryżem idę dalej i spotykam Kasię, która prowadzi mnie do resztek orki. Kilkadziesiąt metrów od brzegu leży łeb ze szczęką i zębami oraz obok płetwa ogonowa, obie nadal pokryte czarną, grubą na ponad centymetr skórą. Wracając zahaczam o sterówkę przeprawy. Mówią, że raczej ruszą o 20, bo wiatr nadal silny, dochodzi do 130 km na godzinę. I tym razem mamy szczególne szczęście do nietypowych pogód (do tej pory nietypowo ładnych), bo mimo że tu wieje zawsze, to ruch wstrzymują najwyżej raz w miesiącu. Widzę skunksa, który wchodzi pod stojącą obok ciężarówkę i strzelam fotkę mewie, która przechadza się koło naszego busa. Nieoczekiwanie o 19 oba promy odchodzą ze swojego kotwicowiska i pierwszy dobija do rampy. Teraz wszystko dzieje się błyskawicznie - puszczają przodem mniejsze samochody i busy, w tym nas. Marcin w ostatniej chwili wyciąga ze stołówki dziewczyny, które właśnie utrafiły w kurczaka z ryżem i jakimś cudem, po ośmiu godzinach czekania, odbijamy w kierunku Ziemi Ognistej. 


Wiatr rzeczywiście zelżał, ale fale wysokie na 2-3 metry; prom halsuje tak, by jak najkrócej płynąć bokiem do fali, bo kiedy tak się dzieje buja nami naprawdę mocno. Widzę po drodze rybitwę antarktyczną, giganta petrela i skuę, dzięki czemu moja watchlista dobija 70 gatunków. Do tego towarzyszą nam przez moment jakieś prawie w całości białe delfiny. Ziemia Ognista na razie niczym się nie różni w sensie krajobrazu od Patagonii, poza nazwą. Rozumiał to też król Hiszpanii, który ją przemianował z "ziemi dymów", jak ją oryginalnie ochrzcił Magellan (bo kiedy płynął odkrytą przez siebie cieśniną, Indianie przekazywali sobie tę wiadomość dymami z ognisk), na bardziej marketingowo brzmiącą Ziemię Ognistą. Po 140 km niemiłosiernie trzęsącej kamienistej drodze mijamy, już bez dłuższego czekania, przejścia graniczne z Chile, potem z Argentyną (status pasa pomiędzy nimi pozostaje dla mnie niejasny). Marcin ogłasza plan na jutro i powoli zapadamy w sen. Na miejscu jesteśmy ok. 2 w nocy. Jeszcze żegnamy Martina kierowcę, wręczając mu sowitego tipa od grupy i gitarę, którą kupiliśmy jako grupa w Buenos, i która służyła nam do imprezowania. Może przyda się następnym grupom Martina.


Martin to kwintesencja człowieka w branży usług low-costowych. Prowadził non stop swojego busa, rano wskakiwał po zawiasach drzwi na dach, tam pakował i mocował plandeką nasze bagaże, po drodze robił za przewodnika po lokalnych drogach, posterunkach i przejściach granicznych, na postojach nierzadko gotował herbatę, wieczorem znowu na dach, by zdjąć bagaże, potem naprawiał wiecznie wyginające się na kamieniach felgi, na koniec robił sobie jakieś jedzenie i kładł na karimacie w busie w przejściu pomiędzy fotelami. Do tego inteligentny i dowcipny, z dobrym angielskim. Chyba ma już trochę dość, bo mówi, że pewnie pójdzie na bardziej lokalnego przewodnika w Bariloche. Póki co, dwójka dzieciaków, żona - jest na kogo robić. Pogodny człowiek ciężkiej pracy - wielki szacun!

W pokoju 25 stopni bez możliwości skręcenia grzejnika. Śpię jednak jakoś, rano wstaję i wysyłam maila do przyjaciół z kolejną porcją relacji...



21-22 dzień wyprawy


Wstajemy piątek 29.11 rano w zasadzie wyspani, mimo krótkiej nocy i po cienkim śniadanku (masło i dżemik tylko, choć grzanki pierwsza klasa) podjeżdża po nas lokalny bus i wiezie do parku narodowego Tierra del Fuego. Miejscowy przewodnik trochę ględa, rozwodzi się o jakiś morenach lodowcowych, ale nie jest to w stanie zakłócić mi frajdy z podziwiania okolicy. Krajobraz zmienił się radykalnie w stosunku do tego do czego przyzwyczaiła nas dotychczas Patagonia. Teren pofałdowany, z obfitym omszałym lasem i wysokimi rododendronami; te ostatnie nadają mu klimat bez mała dżungli. Na horyzoncie bielejące szczyty Kordylierów, a we wszystko to wciskające się fiordy i zatoki kanału Beagle, zasilane dodatkowo wijącymi się w bujnych trawach strumieniami. Wilgotność powietrza duża. Wśród drzew królują (tak jak i gdzie indziej w Patagonii) lokalne odmiany buków z małymi listkami.

Zaliczamy najpierw dwa punkty widokowe, z których drugi jest na tyle blisko parkingu, że jego główną atrakcją stają się jakieś "żółtki" wysypujące się z autokaru, każdy z nich z aparatem i "lufą" jakby był na etacie w National Geographic. Pierwszą atrakcją (do której regularnie biegną!) jest tablica informująca, że oto tu jest koniec Świata, czyli na "Fin del Mundo", a to głównie dlatego, że Argentyńczycy dotąd właśnie poprowadzili drogę nr 3, która wiedzie w zasadzie pionowo przez obie Ameryki. "Żółtki" stają w kilkanaście osób i robią sobie nawzajem fotki na tle tej tablicy, cisnąc się niczym paparazzi na jakiejś sensacyjnej konferencji prasowej. (Bardzo zdziwieni, że zamiast tablicy robię zdjęcie "w drugą stronę", czyli właśnie im.) Inni ustawiają tryb makro i fotografują z zacięciem przekwitające właśnie dmuchawce mleczów (to już bardziej mogę zrozumieć, bo może tego tam w Azji nie mają; to pierwsze w sumie zresztą też, bo także zrobiłem sobie fotkę pod rzeczoną tablicą).


Niedaleko łapię, wreszcie z niedużej odległości i przy dobrym świetle, lokalne gęsi magelanki zmienne, bardzo malownicze (zwłaszcza panowie w biało-szarej szacie) i tym razem niepłochliwe oraz, jak zwykle hałaśliwe, ibisy. Potem oglądanie tamy bobrów, zaimportowanych tu niegdyś z Kanady. Jola była pierwsza i nawet jednego "skamerowała". Ja próbuję złapać w obiektyw zielone papugi, ale te na tykach nie usiedzą i łatwo się płoszą, robiąc przy okazji niesamowity harmider).

Najlepsze jednak dopiero przychodzi - rozpoczynamy 3-godzinny trekking szlakiem prowadzącym wzdłuż kanału Beagle (to wąski pas oceanicznych wód oddzielający w tym miejscu Argentynę od Chile).

Już po pierwszych paruset metrach odkrywam ścieżkę i jej krajobrazy za dostarczające równie intensywnych doznań co trasa Francuzów w Torres del Paine - magiczny gąszcz z drzewami wyglądającymi jak omszałe bambusy, kipiące rododendrony i stare, wielkie pnie powalone, próchniejące i powykrzywiane, niczym las z jakiegoś bajkowego filmu. Do tego co chwilę wyłania się rozległa woda z ośnieżonymi szczytami w tle. Pogoda (jak zwykle!) dopisała, słońce świeci, trochę chmur i niebieskie niebo.

Już na początku też przychodzi dopełnienie mojego lekkiego niedosytu birdwatchera - trafiam na dokazujące dzięcioły Magellana - pani z czerwoną okolicą dziobu i fantazyjnym, zakręconym czubkiem na głowie, a także dwóch panów z żywoczerwonymi całymi łbami, którzy chyba rywalizują o nią wydajnością w kuciu drzewa - tak są zaaferowani, że wdrapuję się do nich po stromym zboczu na odległość 3-4 m i robię bez liku fotek. Z tymi zdjęciami też amok - co odsłona kolejnej perspektywy z rozlaną wodą, to krajobraz wydaje się piękniejszy, niż ten kilkadziesiąt metrów wcześniej. To oczywiście "kanał", bo później trzeba będzie to przejrzeć i coś wybrać. Ponadto już na pobieżnym podglądzie widać, że nie da się tego przenieść na matrycę i ekran - trzeba tu być!


Ścieżka błotnista i nawet leżę raz, ale obowiązek ponad wszystko - sprzęt (aparat i lornetka) ocalony i cały czas w ruchu. Paweł trochę psioczy, bo w Torres wysiadła mu łydka, ale ostatecznie po trzech godzinach dochodzimy do małego mola, na którym stoi buda mieniąca się najdalej na południe wysuniętym punktem pocztowym. Nieco autystyczny, zarośnięty gość beznamiętnie wbija tam (nie za darmo, oczywiście) stosowną pieczęć gdzie tylko chcemy. Niektórzy podstawiają paszporty i odkrywają, z mieszanymi uczuciami, że oprócz pieczęci pan również wkleja fotkę ze swoją podobizną. (Później je wyskrobują paznokciem z obawy, by ktoś nie zakwestionował takiego paszportu.)


Z tym końcem świata jednak jest coś na rzeczy - wspomniany nudzący przewodnik (bez jedynki i dwójki z przodu, zresztą) uświadomił mi, że kraniec Afryki Południowej, który wydaje się analogicznym "końcem Świata", leży na wysokości Buenos Aires, czyli 3 tysiące km wyżej na północ. To położenie Ziemi Ognistej tłumaczy zresztą i historię i obecną specjalizację Ushuaia (co znaczy zresztą w języku Yamana "głęboko wciętą zatokę patrząca na zachód słońca"). Mieścina była pierwotnie kolonią karną (dalej już wysłać niechcianych zakapiorów się nie dało). Obecnie, liczące niespełna 50 tys. mieszkańców miasto, stanowi naturalną bazę wypadową na Antarktydę i oczywiście na bliższe eskapady po Tierra del Fuego, aż po niedaleki Cape Horn. Latają tu nawet specjalne czartery z Miami, wożąc amatorów 2-tygodniowych rejsów na Antarktydę (od 5 tys. USD w górę za taka przyjemność; może kiedyś...).

Po powrocie do Ushuaia czas na "shopy". Zaczynamy jednak z Ryśkiem i Jolą ambitnie od muzeów. Ja zaliczam aż dwa. Pierwsze to dwa pokoje (wyglądają jakby w czyimś czynnym domu, zresztą) ze zdjęciami i makietami, poświęcone Yamanom.

To plemię, które żyło tu jeszcze na początku ub. wieku, budowało drewniane łódki, umiało polować na foki i guanako, choć żywiło się głównie małżami (jedyne liczne pozostawione przez nich artefakty to kupy muszli, które po zjedzeniu ich lokatora wyrzucali za siebie). W takiej łódce kobiety wiosłowały (już ich lubię!), dzieci pilnowały palącego się w niej ogniska, a mężczyźni czatowali z harpunem na fokę. Na starych zdjęciach widać nagich, co najwyżej osłoniętych od wiatru płatem foczej skóry, ludzi patrzących na mnie z przeszłości niepewnym wzrokiem. I mieli rację... Jak biali zaczęli się tu mościć w końcu XIX wieku, Yamana było raptem ok. 3000, a zatem niewiele trzeba było, żeby choroby i strzelby zmiotły ich w ciągu praktycznie dwóch pokoleń z powierzchni ziemi.


Drugie to muzeum Tierra del Fuego; też dwa pokoje, z historią kolonizacji tych ziem. Jedyny ciekawy eksponat to autentyczna rzeźbiona w drewnie figura kobiety w eleganckim stroju z epoki, z wachlarzem w dłoni, która zdobiła niegdyś od spodu bukszpryt statku (którego zdjęcie - tkwiącego na mieliźnie - wisi obok; podpis mówi, że są podejrzenia, iż szkuner został wpakowany na brzeg celowo dla ubezpieczenia, kiedy foczy biznes zaczął siadać. Sic! Nihil novi sub Sol...). Idziemy jeszcze na piwko i potem zakupy, żeby nie wrócić do Ojczyzny z pustą ręką. Jak na faceta przystało, dzwonię do mojej Kaśki zapytać jakie rozmiary koszulek noszą moje córki. Daję radę jeszcze zdążyć na Mszę w malutkiej kaplicy w lokalnym kościele (ksiądz chyba święty, z taką naturalnością i pobożnością odprawiał!). 


Wieczorem lokalna specjalność - knajpa, gdzie się płaci 160 peso i je do oporu. Przystawki bierzemy ze "szwedzkiego bufetu", a po mięsiwo (nic innego tu nie ma) stajemy w kolejce do okienka jak z "Misia". Tam wyluzowany i przyjazny kucharz miota się wokół paleniska na 2 m szerokiego, wokół którego na pochyłych rusztach grillują się jagnięce i wole tusze. Musi tam być ze 30 stopni; jak on daje radę!? Obok dwie miski wielkości małych wiader z przyprawami-zalewami w kolorach zielonym (jakieś zioła) i czerwonym (z papryką, oczywiście).Jutro urodziny Pawła, a więc lokalne malbecki leją się obficie. Jak zaczynamy mu śpiewać "sto lat" i "niech mu gwiazdka" to lokali i turyści obracają się krzesłami do nas jak do sceny i z mieszaniną podziwu i zazdrości pytają skąd jesteśmy.


Nazajutrz również wita nas słońce, które mimo licznych chmurek grzeje i nastraja jak trzeba. Idziemy grupą na pobliską przystań, gdzie ładujemy się na wycieczkowy motorowy katamaran. Po drodze zaliczam jeszcze blisko siedzącego lokalnego ślepowrona i licznie pływające czarne petrele. W środku prawie luksusowo i mało ludzi (dobrze jednak, że jesteśmy przed sezonem).


Po odcumowaniu ruszamy z prędkością, jakiej niejedna motorówka by się nie powstydziła, mieląc po drodze ławice pływających alg. Stoję na pokładzie i podziwiam urok oddalającej się Ushuai - miasto jest malowniczo rozłożone na szybko wznoszącym się brzegu, u podnóża wysokich ośnieżonych gór. Z wody naznaczonej spienionym kilwaterem (hmm... tak mnie ochrzcili na żaglach, nawiasem mówiąc, stąd chyba ta poetyka) wygląda pocztówkowo. Po parunastu minutach rejsu zwalniamy i podpływamy do pierwszej skalistej wysepki z kolonią kormoranów królewskich. Potem stajemy jeszcze kilka razy - przy kormoranach skalnych, a wreszcie przy kolonii lwów morskich (które nas ominęły na półwyspie Valdes). 


Dorosłe, zwłaszcza samce, wyglądają jakby im zwolnił metabolizm - leżą w bezruchu, najwyraźniej optymalizując swą gospodarkę energetyczną; tylko nieliczne młode wiercą się, wlewając w całą kolonię oznaki życia. Na deser praktycznie wpływamy na plażę z pingwinami. Pełno tu dobrze nam już znanych "magellanów", które - jakby na nasz widok - na przemian nurkują i wyłażą z wody, śmiesznie drepcą lub trącają się dziobami. Są też, trochę schowane w głębi lądu, pingwiny białobrewe.

Jest wreszcie rarytas - pingwin królewski, z nierealnie pomarańczowymi piórami w okolicy głowy i dziobem, co prawda jeden i to leżący niezmiennie tyłem do nas. Nie zważając na jego dezynwolturę i "strefę komfortu", strzelam parę razy z języka, dzięki czemu podnosi łeb i daje się sfotografować; żadne jednak dźwięki (puściłem mu z iphona orła, sokoła i skuę, czyli wszystko, czego powinien się bać) nie skłoniły go do wstania. Obrazu przybrzeżnej sielanki dopełnia para gęsi magellanek z gromadą gęsiego potomstwa idącego (gęsiego, jakże by inaczej) za mamą.


Po ok. 2 godz. rejsu dopływamy do estancji Harberton - rzuconej na koniec świata grupy prostych budynków z zaskakująco pięknym, zadbanym i kolorowym ogrodem (w tym z jeszcze zielonymi tu bzami). W ramach biletu na rejs zwiedzamy tę mikro-osadę założoną 1886 roku przez Thomasa Bridgesa (skądinąd bezimiennego znajdę, którego jacyś dobrzy ludzie spotkali na jednym z bristolskich mostów i ostatecznie zaadoptowali, nadając nazwisko od miejsca znalezienia). Wyszedł na ludzi, został pastorem, pojął żonę (z domu Harberton) - bo tylko żonaci mieli prawo osiedlania się tu - i przywiózł z Anglii razem z domem w częściach. Uczył się budowy łodzi od miejscowych Yamana, pisząc też słownik yamańsko-angielski. Dziś, poza mieszkającymi tu potomkami pana Bridgesa, w jednym z baraków mieści się stacja gromadząca i badająca szczątki waleni i fok znalezionych na pobliskich wybrzeżach. Założyła ją Amerykanka, pani Natali Goodall, która przybyła do Argentyny 50 lat temu i - zaczynając początkowo od kolekcjonowania roślin - stała się uznanym międzynarodowym autorytetem w badaniach nad tutejszymi morskimi ssakami.


Mamy niezwykłą okazję zastać panią Natalię (lat 78!) głowiącą się właśnie nad wyjaśnieniem do którego z delfinów należy niedawno znaleziona leżąca przed nią na stole czaszka. Siedząc pomiędzy rzędami prostych szaf, wypełnionych tysiącami szkieletów, opowiada o swoim życiu, studentach i doktorantach oraz tematach badań, które pod jej okiem prowadzą. Śmieje się, że mało kto wytrzymuje tu dłużej, niż dwa lata z uwagi na wiszący w powietrzu delikatny zapach podpsutego mięsa. Obok ciekawa ekspozycja - przymocowane do ścian liczne szkielety morskich ssaków, a za nimi na ścianie namalowane same ssaki.


Na zewnątrz starannie ułożone dwa szkielety małego humbaka z matką i niezliczone kości różnych innych waleni, w tym kaszalotów. Nad brzegiem, obok szopy pełnej ususzonych ptaków złapanych w sieci rybackie, fragmentów fok i delfinów, trzy młode dziewczyny siedzą z miskami na kolanach i czyszczą znalezione ostatnio truchła z resztek mięsa, a czwarta płucze je do czysta w kadzi z gorącą wodą. (Każdy szkielet jest potem pieczołowicie kompletowany, opisywany i wkładany do kartonowego pudełka.) Obok prawie kompletny, choć już mocno nieświeży łeb jakiegoś wieloryba - za duży do kadzi, więc czyści się sam "siłami natury".

Nieco wcześniej (teraz już wiem dlaczego w tej kolejności) bardzo smaczny obiad (soczewica z wołowiną) z nieodłącznym malbeckiem. Obsługują sympatyczni, młodzi ludzie, którzy przez 6 miesięcy tu mieszkają (bez GSM i internetu!), a przez pozostałe pół roku studiują obsługę turystów w Buenos.

W końcu podjeżdża autobus i zabiera nas z powrotem do Ushuai. Jak na komendę zachodzi słońce, robi się zimno i zaczyna lać deszcz - czas wracać... W Ushuai już bardzo sprawnie - do naszego hostelu Pingwin po bagaże, w taksówki i na lotnisko. Tam, na "security" rozstaję się ze swoim victorinoxem, którego zapomniałem wyjąć z bagażu podręcznego (podróże kształcą :-/) i szukam w duty free konfitury z owoców krzewu calafate.


Miejscowy przesąd głosi, że jak się tu zje coś z owoców calafate, to na pewno wróci się do tego miejsca (jak ptaki do indiańskiej kobiety, która kiedyś się w ten krzew zmieniła); niestety nie znajduję - czy to znak, że już tu nie wrócę? Może jednak nie - w sumie legenda nic nie mówi o osobach, które nie zjadły calafate... Boarding i lecimy. Niedziela cała w Buenos; do Iguazu, już tylko w ósemkę, fruniemy dopiero w poniedziałek rano. Catering cieniutki, pitch foteli mały (brak miejsca na nogi) i zero alkoholu - to chyba jakiś low-cost :-/. Natomiast Buenos w nocy z góry niesamowite - morze świateł sięgające horyzontu; wielkie miasto...



23-24 dzień wyprawy


W niedzielę przerwa, czas na ostatnie zakupy-prezenty, a przy okazji włóczenie się po klimatycznej Defensie. Buenos najwyraźniej ściąga cudaków z całej Ameryki Południowej; kiedy pytam ulicznych sprzedawców skąd są, okazuje się, że to Peruwiańczycy, Kolumbijczycy i pewnie wielu jeszcze innych. Idziemy sami z Adamem.


Kiedy najbliżsi w Polsce zostają wreszcie z grubsza obkupieni, idziemy do doków, gdzie nagle widzimy maszty jachtów przesuwające się w poprzek ulicy. Okazuje się, że kawalkada jachtów wypływa z doków na La Platę i wszystkie mosty i przelewający się przez nie ruch uliczny muszą ustąpić. Piękny most wantowy jakby połyka część swojej jezdni; ten na którym stoimy - obniża ją i obraca - bajer! Dalej idziemy na teren laguny nad La Platą. Brzmi dobrze i ciekawie wygląda na mapie, trochę inaczej w realu. To co plan pokazuje jako jezioro kaczek jest w istocie ogromnym terenem porośniętym gęstą trzciną i jakimiś bagiennymi krzewami. Niewiele widać, choć jakieś trzy nowe gatunki dały się "złapać", w tym ciekawy ptaszek, chyba z rodziny kolibrów, o karminowo czerwonym długim, wąskim, zagiętym dziobie, wydający dźwięki sterówkami (jak się zdaje), czyli tak jak nasze bekasy vel kszyki.


Najwyraźniej groble ze ścieżkami przecinające mokradła laguny pełnią funkcję lokalnego parku - pełno tu rowerzystów, biegaczy i całych rodzin rozsiadających się pod drzewami z nieodłącznymi mate i termosami z wodą. Pogoda letnia - ponad 25 stopni, słońce, upał. Po blisko godzinie marszu dochodzimy do La Platy - jest w tym miejscu już tak szeroka, że nie widać drugiego brzegu. Woda mętna, o kolorze szaro-brązowym, chyba od osadów niesionych przez rzekę. Mimo zakazu, sporo kąpiących się. Wracamy inną drogą, przez park okalający elegancką dzielnicę doków. Tu jeszcze więcej klimatu ludycznego parku i południowej sjesty - liczne budy z grillami, sprzedawcy tandety, para grająca tanga na gitarze z pomocą takich głośników, że słychać w całej okolicy - sceny jak z obrazów Bruegel'a.

Wracamy na Defensę i idziemy do naszej znajomej (z początku wyprawy) knajpki Desnivel. Desnivel to kwintesencja knajpy, do której można i trzeba wchodzić. Z zewnątrz wygląda jak uliczny grill, bo na wejściu uwagę przykuwa kucharz rąbiący i piekący mięsiwa. Wielka ilość stolików wciśniętych w dużą choć rozczłonkowaną przestrzeń restauracji; każda z sal wypełniona po brzegi klientami, a przed nimi kolejka tych co chcą wejść. Szybko kierują nas do tylnej sali, gdzie równie tłoczno, ale jaśniej bo sufit ze szkła.


Zamawiamy oczywiście po lomo z chłodnym piwem. To lomo, to najlepsza część wołu, polędwica - soczysta i miękka (choć lokalsi twierdzą, że niekoniecznie najbardziej aromatyczna). Ta dzisiejsza chyba przebija wszystkie wcześniejsze! 

Zagaduję kucharza, który, o dziwo, mówi po angielsku i pokazuje w karcie co powinniśmy zamówić - stąd to kulinarne spełnienie. Kelnerzy w amoku, a jednak pogodni, dowcipni, do bólu szybcy i sprawni; ileż to jednak znaczy wykonywać pracę w zgodzie z powołaniem!

Wracam do hostelu i pakuję walizę tak, by już do niej nie zaglądać aż do Warszawy. Kąpiel i z powrotem na Defensę, na ostatni spacer, ostatnie zakupy, a potem do kościoła. Tam okazuje się, że jesteśmy pół godziny za wcześnie, dzięki czemu trafiamy na końcówkę koncertu orkiestry z chórem - chyba dobry, bo jak grzmotnęli na bis Alleluja z Mesjasza Handel'a, to ciarki chodziły po plecach. Drugi bis, Cicha Noc, uświadamia mi, że mimo lata zaczyna się Adwent... W czasie Mszy kolejna ciekawostka - najpierw grają na organach bez śpiewu Sound of Silence (Simon & Gurfunkel), a potem śpiewają pobożny tekst do Dylanowego Blowin' the Wind - co kraj to obyczaj. Do tego bardzo aktywni świeccy - jedna pani cały czas z mikrofonem, zaczyna jeszcze przez rozpoczęciem liturgii instruować wiernych (w tym i o tym, że ksiądz czeka w konfesjonale), a potem pomaga wstawać, siadać i odpowiadać kiedy trzeba i jak trzeba. Inne trzy osoby do czytań i psalmów, kolejne dwie do procesji z darami, jeszcze inne dwie do zbierania ofiar, a na koniec jeszcze dwie jako szafarze Najświętszego Sakramentu (ramię w ramię z księdzem). Po Mszy już prosto do naszej ukochanej Desnivel, gdzie czeka reszta grupy i znowu lomo (tak "przez rozum" - może to już ostatnie w Argentynie) plus nieodłączne wyborne malbecki.


Najedzeni idziemy jeszcze na skwer przy Defensie. W ciągu dnia zapełniają je stragany sprzedawców staroci. Ci radykalnie różnią się twarzami i sprzedawanym towarem od "Dothraków" z samej Defensy - widać europejskie rysy twarzy, a i starocie wyglądają na autentyki z czasów dawnej świetności i kulturowej dominacji Hiszpanów - pełno tu zwłaszcza srebra, eleganckich przedmiotów codziennego użytku (np. całe zastawy stołowe) i bibelotów z dobrych domów. Teraz jednak, już blisko północy, na placu trwa festiwal tanga tutejszej dzielnicy San Telmo. Chodnik placu wyłożono jakąś sztywną wykładziną o wymiarach na oko 20x30 metrów. Na niej tańczą pary wszystkich możliwych wieków, "zgrabności" figur i ubiorów. To po prostu mieszkańcy, może też lokalni turyści, którzy zapełniają "parkiet" tańcząc kolejne utwory, oczywiście wyłącznie tanga. Muzyka brzmi jak z przedwojennych płyt, a oni jak w zaczarowani i nieobecni dla otaczających ich zewsząd obserwatorów. Tylko przecież patrząc na nich, sam doświadczam jakiegoś niezwykłego magnetyzmu miejsca i chwili.

Twarze i ciała tancerzy radosne, a jednocześnie pełne powagi, napięcia i uważności w stawianiu wyszukanych kroków. Mniej w tym żywiołowego dynamizmu, więcej transu i wcielaniu się w jakieś archetypowe, odwieczne konfiguracje dziejące się między dwiema ludzkimi istotami. Erotyzm też gdzieś tam jest, ale bardzo schowany, przykryty konserwatywną elegancją symbolicznych gestów tancerzy. Nie ośmielam się dołączyć do tańczących - miałbym odczucie profanowania jakiegoś, bez mała świętego, rytuału. W drugim krańcu placyku zgoła inne klimaty - grupa (chyba) Brazylijczyków wali rytmicznie w bębny, a młode dziewczyny trzęsą tyłkami w takt rumby. Ulice pełne siedzących gdzie popadnie, pijących, jedzących, rozmawiających. Nie widać pijanych, brak podniesionych, agresywnych głosów - jedno wielkie totalnie demokratyczne uliczne party; rzec by można za tytułem słynnego tanga Piazzolli - Libertango!

Rankiem w poniedziałek spokoje śniadanie (mam już taką logistykę, że jestem gotowy na godzinę przed czasem i spokojnie popijam yerbę w wersji instant, czyli parzonej z torebki). 


Jedziemy w trzy taksówki na krajowe lotnisko. Jedna z nich utyka z powodu jakiegoś strajku. Nie ma jednak strachu, bo nasz lot do Iguazu opóźniony; nie wiadomo jak w ogóle będzie, bo na razie mamy blisko 2 godz. poślizgu, a pewności, że polecimy nadal brak. Na lotnisku kolejna ciekawostka - personel jednego z barów liczy utarg, siedząc przy dwóch stolikach wśród czekających pasażerów. Hmm..., co kraj to obyczaj...

Jednak lecimy, choć opóźnienie sprawia, że jutro musimy wyrobić plan dwóch dni, czyli przejście do Brazylii i oglądanie wodospadów stamtąd, a na deser ze strony argentyńskiej, skąd podobno widok piękniejszy. Teraz zatem do hostelu (podobno z basenem), miasteczko i kolacja. Tak czy siak pozostajemy po tej przyjemniejszej stronie życia.


Tu już prawdziwe tropiki - bardzo gorąco (30+) i duża wilgotność powietrza, kolorowe motyle i ptaki, palmy i bardzo bujne lasy wzdłuż całej drogi z lotniska do hotelu. Wszystko w tonacjach starych klisz kodaka - złote i podbrązowione, chyba z uwagi na powszechną tu glebę w odcieniu czerwonej ochry. Hostel z jakimiś tatuowanymi, ale sympatycznymi popaprańcami i rzeczywiście basenikiem, do którego jednak nie ryzykuję wejścia. Wszystko na granicy syfu, ale upał, wilgotność i rosnące na dziedzińcu (przed recepcją, na wolnym powietrzu) bananowce każą ten syf brać w nawias i traktować go jako nieodzowny element "all inclusive".


Wieczorem spacer po miasteczku. Kupuję jeszcze jakieś błyskotki dla moich dziewczyn (co za przedziwny rewanż historii i tubylców - kiedyś to my mamiliśmy ich świecidełkami!) i idę nad rzekę Iguazu. Im droga schodzi niżej i bliżej wody, tym bardziej otaczający drogę las przechodzi w puszczę jaką znam z reportaży Cejrowskiego - wielopiętrowy gąszcz, z pnączami, lianami, tak gęsty, że o wejściu bez maczety nie ma mowy. Nad rzeką stary, wielopiętrowy wycieczkowiec, zachodzące słońce i frustrująca dla birdwatchera ilość nowych ptaków, niemożliwych do spamiętania. Koszula i spodnie po kilku minutach marszu kleją się do ciała. W aptece po drodze kupuję coś na komary, bo opinie na temat tego czy to rejon malaryczny są sprzeczne.

Wieczorem jeszcze grill, a w rozmowach początek klimatów rozstaniowych - jutro ostatni dzień naszej wyprawy...



25-26 (ostatni) dzień wyprawy


Dziś, 3.12, praktycznie ostatni dzień mojej wyprawy życia do Argentyny. Marzyłem niej długo i oto dopełnia się... Wstajemy wcześnie i krótko po 7 jedziemy trzema taksówkami na argentyńską stronę wodospadów Iguazu. Tak radzą taksówkarze przekonując, że ominiemy największy tłok turystów. Po ok. 40 min. jazdy docieramy do wejścia do parku Iguazu.

Zaraz po przekroczeniu bramy kolejne zdobycze ornitologiczne - tym razem czarno-czerwone kacyki z licznymi gniazdami na palmach w postaci długich na 30-40 cm plecionych worków zwieszających się z końcówek gałęzi. Ponadto liczne tu duże żółte muchołówki, przedrzeźniacze i wiele innego latającego drobiazgu. Idziemy ścieżką wyrąbaną w dżungli (co by nie mówić rzuciło nas między równik, a zwrotnik koziorożca, a zwrotnik po angielsku to "tropic, a więc jesteśmy w tropikach!"). 


Wszędzie pełno motyli, wszystkich kolorów, barw i jaskrawości, niektóre wielkie jak moja dłoń. Kiedy podążam za jednym z dziwnych "latających obiektów", ten okazuje się nie motylem jednak, a szmaragdowym kolibrem, prawie pionowo, majestatycznie sunącym w głąb gąszczu drzew jak mikroskopijny helikopter.

Po ok. 30 min. marszu zaczynamy słyszeć narastający grzmot. Wybraliśmy trasę, która prowadzi nas na poziom górnych krawędzi wodospadów; ścieżka przechodzi w stalową ażurową kładkę, pod którą mijamy coraz szersze rwące potoki i strumienie koloru rozbielonej mlekiem wszechobecnej tu ochry. Roślinność niezmiennie bujna, staje się jeszcze bardziej żywo-zielona.


Wreszcie są wodospady! Wychodzimy na pierwsze miejsce, z którego otwiera się panorama, na którą czekaliśmy. Nie sposób ani jej opowiedzieć, ani sfotografować tak, by oddać piękno i siłę żywiołu, który ukazuje się naszym oczom. Oszałamia przestrzeń, jej głębia, wielopiętrowość, kolory i kształty wyrzeźbione słońcem, zielenią i minerałami barwiącymi wodę, wreszcie skałami, które zmuszają tę wodę do przechodzenia przez przeróżne stany i formy. Do krawędzi wodospadów, rozlewiska Iguazu to mknąca, ogromna, jedwabna tafla wody, która zapadając się nagle na całej swojej szerokości, rwie się na strzępy i wali w dół niczym pędząca kurtyna oddzielająca światy żywiołów - pionowej ziemi-skały od powietrza.


Ta - miejscami wysoka na 80 metrów zasłona wściekle rwącej rzeki - z całą swoją siłą uderza w dno kanionu, wybijając w górę pióropusze pyłu wodnego, który wznosi się momentami ponad górną krawędź wodospadu. Tych wodospadów w zasięgu wzroku kilkanaście i na różnych poziomach - tworzą gigantyczne kaskady, tryskające i mieniące się w słońcu na wszystkie możliwe sposoby. Największe z nich pozostają spowite mgłą rozpylanej przez siebie wody. Całość układa się w panoramiczny, półokrągły amfiteatr, którego górna krawędź rozciąga się przed naszymi oczami na kilka kilometrów.

Idziemy dalej, schodząc kładką w dół. Jest tak wkomponowana w zbocze kanionu, że odsłania nam kolejne perspektywy, z których każda następna wydaje się ciekawsza i prowokująca kolejne zdjęcia. Kanion jest tak głęboki, że widzimy z góry korony wysokich drzew rosnących na wyspie, na których siedzą całe stada sępów. Po wodzie wypełniającej dno doliny kręcą się łodzie motorowe z chętnymi mocniejszych wrażeń. Na przeciwległym brazylijskim brzegu widzę ażurową konstrukcję, przypominającą wieżę do skakania na bungee. (To możliwe - już na lotnisku witały nas ekrany z filmami reklamującymi paintball w iguazeńskiej dżungli - widać, że korporacyjno-ludyczne klimaty dotarły nawet tutaj i wywołały popyt na ten szczególny sposób dostarczania wrażeń i rozrywki.)


Dochodzimy w końcu do przystani łodzi (duże motorówki pontonowe z miejscami dla 60 osób). Dają nam kapoki i worki na sprzęt fotograficzny. Myślę sobie, że pewnie będzie pyliło wodą i to dlatego. Wsiadamy i nagle łódź rusza wielkim pędem. Podpływamy pod pierwszy z dwóch największych wodospadów. Zdjęcia robię iphonem, a pan z obsługi nas "kameruje" (potem przywożą ten film do hostelu; logistyka zatem i myślenie podobne jak u flisaków na Dunajcu). Nagle panowie z obsługi zakładają kompletne sztormiaki; daje mi to do myślenia, ale w swojej naiwności, mówię sobie - "może nie chcą być cały czas we wszechobecnym wodnym pyle". Jeden z nich upewnia się czy nasze worki z aparatami są dobrze zawiązane. Kamerę, którą nas filmują pakują do podwodnej obudowy.

Nie zdążam jeszcze dobrze zreflektować tych niepokojących przygotowań, kiedy łódź rusza z rykiem silnika, bierze ostry zakręt i wpływa wprost pod walące w dół wody wodospadu. Zatyka mnie z braku powietrza (teraz też przypomina mi się jak sprzedający bilety pytali, czy nikt nie ma problemu z sercem). Po paru sekundach jestem kompletnie mokry, w adidasach chlupie mi już woda, wszyscy krzyczymy jak w wesołym miasteczku na kolejce górskiej.

Jazda niesamowita! Panowie z obsługi powtarzają ten sam manewr pod drugim, równie spektakularnym wodospadem i po kilkunastu minutach odwożą nas do przystani. Cały mokry wracam szybko ścieżką pod restauracje i WC-ty, gdzie rozbieram się, wykręcam wszystko i liczę straty. Zapomniałem, że mam na piersi jak najbardziej przemakalną saszetkę z paszportem i pieniędzmi. Szybko wszystko podsuszam, a wyżęte ciuchy zakładam na siebie. Nawet przyjemnie chłodzą, choć nie wysychają do końca dnia, tak wilgotne tu powietrze.


Teraz czas na lunch. Kupuję kanapkę z piwem, siadam na zewnątrz i zaczynam jeść opędzając się o licznych tu ostronosów. To futrzaki wielkości dużego jamnika, bliscy krewni szopa pracza. Oswojone z obecnością ludzi, sępią tu i wtykają swoje długie nosy w każdą torbę. Są tak nachalne, że jeden z nich wskakuje na stolik, przy którym siedzę i wsadza ryj w opakowanie po kanapce. Można kręcić reality show o ich życiu codziennym. Tu jakaś awantura i walka z przeraźliwymi piskami, gdzie indziej zabawa w spadanie z drzewa i baraszkowanie, pod krzakiem mama z gromadą drobnicy pchającej się do cyca. Jaszczur wielkości mojego przedramienia czai się koło tej gromadki, a więc mama-ostronos wyprzedzająco przepędza go zębami i agresywnym piskiem.


Po posiłku idziemy na stację lokalnej kolejki, która nas wiezie na najdalej wysuniętą kładkę. Idziemy nią blisko kilometr, cały czas nad rozlewiskami rzeki Iguazu. Tu jeszcze więcej motyli, liczne lokalne sójki ze śmiesznym, jakby pluszowym hełmem na głowach i wężówki amerykańskie, które wyglądają jak kormorany z szyją czapli i ogonem długim jak u jakiegoś pterodaktyla.

Dochodzimy wreszcie do krańca kładki i tam - znowu mokrzy od bijącego w górę wodnego pyłu - podziwiamy półkolisty wodospad diabelski. Rzeczywiście ma w sobie coś piekielnego - blisko nas rzeka wpada jakby w lej, który z nagłym przyśpieszeniem zasysa w każdej sekundzie tysiące litrów wody.


Na przeciw nas piętrzy się pędząca ściana poszarpanej i skłębionej jasno-ochrowej wody, walącej z rozszalałą prędkością w czeluść kanionu. Piekielnej czeluści zresztą nie widać, bo wypełnia ją gejzer rozpylonej wody z bijącej z dna, z takim hukiem, że nie ma mowy, by usłyszeć stojącą obok osobę. Nasyceni widokiem wracamy do kolejki i kierujemy się do wyjścia z parku. U wylotu parku czekają już taksówki, które nas wiozą na brazylijską część Iguazu. Formalności na granicy szybkie. W Brazylii też jest park, ale organizacja zgoła inna. Wsiadamy do piętrowego, odkrytego autobusu i jedziemy nim kilkanaście kilometrów, docierając do wejścia na ścieżkę, która trawersuje najbardziej pionowe w okolicy zbocze doliny Iguazu.


Stąd widok jeszcze inny - gdzie tylko spojrzeć, od lewa do prawa, ściana wodospadów, a pod nami rzeka płynąca dnem kanionu i dobiegające nas, mimo ogromnej odległości, wrzaski kolejnych pasażerów łodzi. Na koniec dochodzimy do miejsca kulminacyjnego - tarasów i kładki prowadzącej bezpośrednio pod ogromnym wodospadem. Stoję najpierw na tarasie, mając walącą w dół ścianę wody kilka metrów przed sobą. Teraz widzę dlaczego w logo Iguazu są jaskółki - pełno ich tu i wlatują za kurtynę wody, mając tam pewnie swoje gniazda, schowane bezpiecznie przed drapieżnikami, które nie zaryzykują kontaktu z morderczym żywiołem wodospadu.


Na kładkę wchodzę przezornie już bez koszuli i paszportu i dobrze robię, bo moczy mnie po raz kolejny. "Timing" mamy optymalny, bo łapiemy się na ostatnią windę wiozącą nas z dolnych tarasów na parking. W międzyczasie słyszę od Joli, że widzieli tukana - ściska mnie w dołku ze złości na siebie: "że też nie patrzyłem na drzewa!" Wracam na parking, wszyscy już czekają w autobusie. Jeszcze rzucam okiem na okoliczne drzewa i nagle widzę na szczycie jednego z nich czarną sylwetkę - pewnie sęp. Biorę lornetkę i - czując szybsze bicie serca - oglądam w niej największego tutejszego tukana! Duży czarny ptak z nierealnie dużym, żółto-pomarańczowym dziobem, wyglądającym jak żart Stwórcy (moja Małgośka często twierdzi, że Pan Bóg ma poczucie humoru). Robię nawet zdjęcie, choć nie tak dobre jak Gośka, która miała "swojego": znacznie bliżej. To chyba mój Anioł Stróż postanowił się zająć w sumie tak błahą sprawą, ale nie mam wątpliwości, że jest w tym jakiś element cudowności.


Wracamy, wychodzimy z parku i czekamy na trzecią taksówkę. To daje mi czas na kolejne obserwacje - oznaczam miejscowego kaniuka koloru ołowiu i prześmieszną kukułkę z irokezem. Nagle widzę dużego ptaka przemykającego wśród koron drzew. Biegnę za nim i patrzę gdzie siada. Tym razem mam go bliżej i robię nawet fotkę – w całej swojej okazałości, siedząc na gałęzi, prezentuje się drugi z tutejszych tukanów - czerwono-żółto-czarny stwór z wielkim jasnym dziobem. To stawia birdwatcherską kropkę nad "i". W pełni zaspokojony wracam do hostelu. Wieczorem ostatnia kolacja. Właściciel hostelu, przemiły młody łysol z żoną Panamką i dziadkiem Polakiem, radzi wybrać nie lomo, ale chorizo (stek z innej części wołu). Biorę i nie zawodzę się - może nie tak rozpływający się jak ostatnie lomo, ale bardziej wyrazisty w smaku. Do tego dziś ja wybieram wina i też dobrze na tym wychodzimy - tutejsze 14-procetowe malbecki są solidne, treściwe i nie boli po nich głowa.

W środę 4.12 rano ostatnie śniadanie. Idę wcześniej niż inni dzięki temu mam czas i okazję zaingerować w proces przygotowania jajecznicy. Ta wczoraj miała kolor brudnej ziemi i konsystencje chipsów. Dziś odkrywam dlaczego tak się dzieje - kuchcik o wyglądzie i komunikatywności wieloletniego zbieracza bawełny, wali do patelni w kształcie woka karton jaj, po czym odchodzi i czeka, aż to co jest na spodzie przypali się. Wtedy dopiero skrobie to czarne z dna i powtarza proces, aż do stwardnienia substancji. Korzystam z jego nieuwagi i - kiedy ładuje nową porcję rozbitych jaj na patelnię - biorę łyżkę i cierpliwie mieszam. Mam dzięki temu ja i parę osób, które w międzyczasie doszły, prawdziwie domową jajecznicę.


Ostatnie zdjęcia z gospodarzem, zapewnienia o modlitwie za rodzinę (od 3 lat z żoną-Panamką wyglądają potomka) i jazda autobusem na lotnisko. Tam okazuje się, że nasz lot jest na tyle opóźniony, że nie zdążymy na lot z Buenos do Paryża. Marcin uruchamia gorącą linię z Polską i przynosi informację o zmianie trasy - za chwilę przejeżdżamy na stronę brazylijską skąd lecimy do Rio de Janeiro, a stamtąd dopiero do Paryża, gdzie nadal mamy szansę złapania naszego lotu do WAW. Kończę zatem, by wysłać tę relację korzystając z jeszcze działającej argentyńskiej karty gsm, ufając, że plan Marcina wypali i już jutro zobaczę Polskę i bliskich.

Hmm... z tym powrotem nie jest jednak tak prosto. Ostatecznie mamy lecieć przez Sao Paolo, ale na lotnisko w Brazylijskim Iguazu wpadamy na tyle późno, że nie chcą nas odprawić. To chyba pierwszy raz kiedy Marcin stracił swoją olimpijską flegmę i trochę zaczyna krzyczeć na pana z check-in'u, w czym sekunduje mu Paweł i Jolka. Nic oczywiście nie wywalczają, ale okazuje się, że mamy szansę złapać nasz samolot następnym lotem z Iguazu do Sao. Siadamy w lotniskowym barze i kupujemy jakieś (nadal argentyńskie) malbecki. Zaraz jednak na płycie siada solidnie wyglądający Airbus brazylijskich linii TAM i zaczynamy boarding.


Odlatujemy... W Sao port lotniczy wygląda trochę jak zaniedbane stacje metra. Tu już spokojnie, przechodzimy stosowne kontrole z nadzieją, że nasze bagaże podążają z grubsza tą samą drogą. Zdążamy jeszcze z Adamem wypić piwo i ustalić stanowiska w kwestii spojrzenia na różnice dzielące PiS i PO. Zostawiam go z moim piwem i idę jeszcze kupić ceramicznego Tukana - wygląda rozczulająco i może Gośce się spodoba (Hanka nadała, że ceramika jest mile widziana). 

Wreszcie boarding na 777 linii TAM. Co ciekawe, chyba tylko jedna stewardesa mówi po angielsku; dziwne, zważywszy transkontynentalność lotu. Niestety mój tukan nie wytrzymuje trudów podróży. Jego wspaniały dziób odpada kiedy mój sąsiad upycha na nim swoją walizkę; reaguję o ułamek sekundy za późno. Będzie klejony więc, przypominając mi o kruchości rzeczy doczesnych (choć "niczego mi tak nie żal, panie, jak porcelany...", jak pisał Miłosz).

W Paryżu jesteśmy na czas. Co z tego jednak - system pokazuje Żabojadom, że polecieliśmy dwa dni temu. Łysy, konsekwentnie ignorujący nas menedżer gate'u, w ogóle nie chce rozmawiać z nami, nie traktując nas jako pasażerów "swojego" rejsu. Teraz mnie trochę puszczają nerwy (nie na niewpuszczenie nas na pokład, bo znam realia, ale na styl obsługi) - mówię mu, że jest arogantem, ale chyba nie robi to na nim wrażenia (może już słyszał wcześniej). Szkoda, bo musiałem moją Gochę zawrócić już z Łodzi. Jem jakąś żabolską sałatkę i czekam na efekt działania pani na Air France desk, która najwyraźniej jest u progu swojej kariery zawodowej - miła i zagubiona. Ostatecznie jednak dostajemy karty boardingowe na lot za 4 godziny. Tytułem nieoczekiwanej premii, już na pokładzie orientuję się, że posadzili mnie w biznes klasie - jedzonko dość obfite i smaczne; jakoś przetrwam podróż do domu. Samolot zwalnia, zbliżamy się do Warszawy.


Non omnis dotarłem - na Okęciu okazuje się, że z moich dwóch bagaży przyleciał tylko jeden. Większość prezentów plus buty trekkingowe, śpiwór i sporo ciuchów krążą gdzieś między Iguazu, Sao Paolo, Paryżem i Warszawą. No i moje naczynka i rurki do yerby - byłaby to bolesna strata, zważywszy w szczególności ilość czasu, który poświęciłem na ich kupienie i liczbę osób w Polsce, które chciałem zestawami do picia yerby obdarować. Podróż więc jednak nadal trwa, pozostawiając mnie w niepewności. Jedyna pociecha jest taka, że już w drodze do domu skleiłem dziób Tukana i prezentuje się naprawdę wspaniale! Może mój Anioł Stróż sklei i tę wyprawę do końca pomyślnie...


No i skleił! Kiedy już traciłem nadzieję, w niedzielę (czyli na trzeci dzień po przylocie bez bagażu), około południa, przyjeżdża pan kurier z walizką – wszystko dociera w nienaruszonym stanie. Rozemocjonowany wykładam wreszcie prezenty dla wszystkich moich czterech Pań - torba, koszulki i pokrowce na telefony z końca świata (z pingwinami i guanako, obowiązkowo), kolczyki, przyprawy... No i tykwy do yerby. Wyprawę mogę zatem uznać za uroczyście i oficjalnie zamkniętą!

(Pełna fotorelacja: piotrkociolek.pl)


LISTA WYPATRZONYCH PTAKÓW - WATCHLIST


Nandu plamiste - Lesser Rhea - Rhea pennata

Kusacz pampasowy - Elegant Crested-Tinamou - Eudromia elegans
Kusacz patagoński - Patagonian Tinamou - Tinamotis ingoufi
Pingwin królewski - King Penguin - Aptenodytes patagonicus
Pingwin białobrewy - Gentoo Penguin - Pygoscelis Papua
Pingwin magellański - Magellanic Penguin - Spheniscus magellanicus
Perkoz olbrzymi - Great Grebe - Podiceps major
Petrel olbrzymi - Southern Giant-Petrel - Macronectes giganteus
Burzyk ciemny - Westland Petrel - Procellaria westlandica
Wężówka amerykańska - Anhinga - Anhinga anhinga
Kormoran oliwkowy - Neotropic Cormorant - Phalacrocorax brasilianus
Kormoran skalny - Rock Cormorant - Phalacrocorax magellanicus
Kormoran królewski - King Cormorant - Phalacrocorax albiventer
Kormoran niebieskooki - Blue-Eyed Cormorant - Phalacrocorax atriceps
Czapla biała - Great Egret - Ardea alba
Ślepowron zwyczajny - Black-crowned Night-Heron - Nycticorax nycticorax
Ibis maskowy - Black-faced Ibis - Theristicus melanopis
Kondor olbrzymi - Andean Condor - Vultur gryphus
Sępnik różowogłowy - Turkey Vulture - Cathartes aura
Sępnik pstrogłowy - Lesser Yellow-headed Vulture - Cathartes burrovianus
Sępnik czarny - Black Vulture - Coragyps atratus
Flaming chilijski - Chilean Flamingo - Phoenicopterus chilensis
Koskoroba - Coscorba Swan - Coscoroba coscoroba
Łabędź czarnoszyi - Black-necked Swan - Cygnus melancoryphus
Magelanka zmienna - Upland Goose - Chloephaga picta
Magelanka skalna - Kelp Goose - Chloephaga hybrida
Magelanka siwogłowa - Ashy-headed Goose - Chloephaga poliocephala
Magelanka rudogłowa - Ruddy-headed Goose - Chloephaga rubidiceps
Kaczka czubata - Crested Duck - Laphonetta specularioides
Kaczka białogardła - Spectacled Duck - Speculanas specularis
Cyraneczka żółtodzioba - Speckled Teal - Anas flavirostris
Srebrzanka modrodzioba - Silver Teal - Anas versicolor
Torpedówka magellańska - Flightless Steamer-duck - Tachyeres pteneres
Torpedówka lotna - Flying Steamer-duck - Tachyeres patachonicus
Aguja - Black-chested Buzzard-eagle - Geranoaetus melanoleucus
Kanialuk szary - Plumbeous Kite - Ictinia plumbea
Błotniak prążkowany - Cinerous Harrier - Circus cinereus
Karakara patagońska - White-throated Caracara - Phalcoboenus albogularis
Karakara czarnobrzucha - Southern Crested-Caracara - Caracara plancus
Trębacz brązowy - Chimango Caracara - Milvago chimango
Pustułka amerykańska - American Kestrel - Falco sparverius
Kokoszka zwyczajna - Common Gallinule - Gallinula chloropus
Łyska złotoczelna - White-winged Coot - Fulica leucoptera
Ostrygojad brunatny - American Oystercatcher - Haematopus palliatus
Ostrygojad magellański - Magellanic Oystercatcher - Haematopus leucopus
Ostrygojad czarniawy - Blackish Oystercatcher - Haematopus ater
Czajka miedziana - Southern Lapwing - Vanellus chilensis
Bekas kszyk - Common Snipe - Gallinago gallinago
Wydrzyk amerykańsk - Chilean Skua - Catharacta chilensis
Mewa południowa - Kelp Gull - Larus dominicanus
Mewa magellańska - Dolphin Gull - Leucophaeus scoresby
Rybitwa jaskółcza - South American Tern - Sterna hirundinacea
Siniaczek plamisty - Blue Ground-dove - Claravis pretiosa
Krasnogonka krótkodzioba - Austral Parakeet - Enicognathus ferrugineus
Mnicha nizinna - Monk Parakeet - Myiopsitta monachus
Guira - Guira Cuckoo - Guira guira
Złock złotobrzuchy - Glittering-bellied Emerald - Chlorostilbon aureoventris
Tukan zielonodzioby - Red-breasted Toucan - Ramphastos dicolorus
Tukan wielki - Toco Toucan - Ramphastos toco
Dzięcioł chilijski - Chilean Flicker - Colaptes pitius
Dzięcioł magellański - Magellanic Woodpecker - Campephilus magellanicus
Dróżniczek rdzawosterny - Rufous-banded Miner - Geositta rufipennis
Trzęsiogon ciemnobrzuchy - Dark-bellied Cinclodes - Cinclodes patagonicus
Ostrogonek mały - Thorn-tailed Rayadito - Aphrastura spinicauda
Drzewołaziec - White-throated Treerunner - Pygarrhichas albogularis
Koszykarz ostrodzioby - Lesser Canatero - Asthenes pyrrholeuca
Elenia białoczuba - White-crested Elaenia - Elaenia albiceps
Negrzyk patagoński - Rufous-backed Negrito - Lessonia rufa
Bentewi wielkodzioby - Boat-billed Flychatcher - Megarhynchus pitangua
Smolik - Spectacled Tyrant - Hymenops perspicillatus
Tęczak - Many-colored Rush-tyrant - Tachuris rubrigastra
Tyran widłosterny - Fork-tailed Flycatcher - Tyrannus savana
Mniszek ognistooki - Fired-eyed Diucon - Xolmis pyrope
Skałotyran białobrewy - White-browed Ground-tyrant - Muscisaxicola albilora
Gorzynek oliwkowy - Wing-barred Manakin - Piprites chloris
Modrowronka pluszogłowa - Plush-crested Jay - Cyanocorax chrysops
Jaskółczak południowy - Southern Martin - Progne elegans
Jaskółeczka niebiesko-biała - Blue-and-white Swallow - Pygochelidon cyanoleuca
Nadobniczka biało-niebieska - Chilean Swallow - Tachycineta leucopyga
Strzyżyk śpiewny‎ - House Wren - Troglodytes aedon
Drozd falklandzki - Austral Thursh - Turdus falcklandii
Przedrzeźniacz białoskrzydły - White-banded Mockingbird - Mimus triurus
Przedrzeźniacz białobrewy - Chalk-browed Mockingbird - Mimus saturninus
Świergotek patagoński - Correndera Pipit - Anthus correndera
Andochruściak większy - Plumbeous Sierra-finch - Phrygilus unicolor
Górochruściak śniady - Mourning Sierra-finch - Phrygilus fruticeti
Chruściak szarogłowy - Gray-hooded Sierra-finch - Phrygilus gayi
Chruściak magellański - Patagonian Sierra-finch - Phrygilus patagonicus
Szafranka skromna - Grassland Yellow-fintch - Sicalis luteola
Pasówka obrożna - Rufous-collared Sparrow - Zonotrichia capensis
Kacyk czerwonorzytny - Red-rumped Cacique - Cacicus haemorrhous
Starzykowiec południowy - Austral Blackbird - Curaeus curaeus
Starzyk granatowy - Shiny Cowbird - Molothrus bonariensis
Wojak długosterny - Long-tailed Meadowlark - Sturnella loyca
Czyż czarnobrody - Black-chinned Siskin - Carduelis barbata